Góry Imatong (Torit – Nimule)Day 117-164, March 1st – April 17th Tag 117 – 164, 1.März – 17.April 2010









Zagłębiając się w dzikie ostępy Sudanu Południowego, Kazik pisał do żony Marysi: (…) O mnie nie myśl, chwilowo daję sobie radę, a Bóg dobry, nie zginę! Mam 2 oszczepy, 2 aparaty, trochę materiału i zdrowia. (…) Brak mi broni [palnej], ale trudno! Murzyn żyje, oszczep mu starczy, starczy i mnie chyba, tylko potrzeba mi zachęty z kraju, a wszystko przetrwam. Za gorąco tylko, o!, dziś tak piekielnie paliło słońce, że roztopić chciało świat, a to grudzień! (…) Owoce dojrzałe, piękne banany, papaje, mango i Bóg wie co za smakołyki, o!, żeby to Wam móc je posłać!







Dla nas najbardziej niewiadomym odcinkiem całego Sudanu jest trasa przez Góry Imatong, z Torit do Nimule na granicy ugandyjskiej. Turystów nie było w tych stronach chyba nigdy! Dekady wojen domowych oraz grasujący latami nieletni oprawcy z Armii Oporu Pana (LRA) Josepha Kony’ego, skutecznie wykluczyły ten rejon z zakresu zainteresowań Białego człowieka, nawet NGO’sy od czasu zawieszenia broni w roku 2005 zaglądają tu bardzo rzadko.

Można śmiało powiedzieć, że miasteczko Torit jest rebeliancką stolicą Południowego Sudanu. To tu rozpoczęły się obydwa powstania Południowców w postkolonialnej historii Sudanu, które rozwinęły się w trwające łącznie blisko pół wieku wojny domowe. Nie ma się czemu dziwić, wszak w rejonie tym żyją niepokorni górale z Imatong – Latuko oraz kilka innych grup etnicznych.

W Torit zamierzaliśmy powiesić kolejną tabliczkę pamiątkową poświęconą Nowakowi i jego podróży. Niestety w ciągu poszukiwań nie znaleźliśmy odpowiedniego miejsca. Przy głównej ulicy miasteczka murowane domy z podcieniami pamiętają jeszcze czasy kolonialne, lecz obecnie trzeba się tej spuścizny mocno doszukiwać. Wiele zabudowań zostało zniszczonych podczas bombardowań armii Północnego Sudanu oraz toczących się o Torit walk. Także pamiętający czasy Nowaka kościół i zabudowania misji oraz dużo młodsza katedra na wzgórzu i zabudowania diecezji poważnie ucierpiały podczas ostatniej wojny. Świątynia, w której modlił się Kazik, właściwie przestała istnieć – zostały tylko trzy ceglane ściany, zaś mury kościoła na wzgórzu popękały podczas bombardowania i tylko jakimś cudem nikt nie zginął. Dziś wierni modlą się w prowizorycznych kaplicach przy zniszczonych kościołach, na świeżym powietrzu pod zadaszeniami z blachy falistej. Także zabudowania diecezji, m.in. przykościelnej szkoły, leżą w gruzach. Wieszanie tabliczki mija się tymczasem z celem – potrzeba pokoju w Południowym Sudanie i odbudowy powojennych zniszczeń.

Po bezowocnych poszukiwaniach, dopiero późnym popołudniem, wyruszamy z Torit, bez obstawy, broni ani nawet dwóch oszczepów. Jedziemy w zmienionym składzie: Kiwi – szalona szefowa Tricomp Technology w Południowym Sudanie, postmalaryczny Zbyszek i ja (pjk). Początkowo poruszamy się szeroką doliną pomiędzy kopulastymi, trawiasto-drzewiastymi pagórkami oraz skalistymi, obłymi szczytami Imatong. Impresjonistycznie amarantowe niebo ponad światem rzutuje wprost na odbiór wszelkich barw otoczenia i straszy rychłą burzą. Wspinamy się coraz wyżej i wyżej. Wioski plemienia Latuko oddalone są od siebie sporo i położone są na wyniosłościach (ciekawe jak wyglądają górskie wioski, do których prowadzą jedynie piesze ścieżki). Droga, choć w porze suchej przejezdna dla samochodów terenowych i motorów, wydaje się właściwsza dla rowerów – nie musimy przejmować się różnicami w położeniu kolein i wysokością garbu pomiędzy nimi, dziury przelatuje się gładko, a ostre, terenowe zjazdy dają krztę adrenaliny i satysfakcji.

W wioskach, tradycyjnie mężczyźni wystają pod sklepikami (tak, nieprawdopodobnie handel zawitał w te strony i można nawet dostać ciepłe, bo ciepłe, ale piwo), dzieciaki pałętają się po okolicy, kobiety zaś ćmiąc swoje fajeczki wykonują wszystkie, ciężkie domowe obowiązki. Jednym z podstawowych jest dostarczanie wody do domu. Powszedni to widok w większości rejonów Afryki – żółte, 20-litrowe kanistry wędrują na głowach kobiet pomiędzy poletkami manioku (kassawy), wielkimi płachtami liści bananowców ku gliniano-słomianym gospodarstwom w cieniu mangowców i w sąsiedztwie drzew papai. Tak i tu, z tym że domostwa Latuko coraz bardziej pogrążone są w górskim, tropikalnym lesie.







Akurat jest Wielki Piątek i otaczająca nas zwartą gromadą dziatwa nosi ze sobą sklecone z patyków krzyże. Przyglądają się z nieskrywaną ciekawością, komentując między sobą każdy ruch Białego przybysza. Dla starszych jesteśmy nie mniejszym zaskoczeniem, a witani jesteśmy przyjaźnie, choć z dystansem. Czort wie czy dziwni Haładzia, pojawiający się w dniu ukrzyżowania, to zjawy czy ludzie z krwi i kości? Jedynie z pewnej wioski zostajemy gwałtownie wyproszeni, po mile zapowiadającym się preludium, lecz nie ma to nic wspólnego z zabobonami. Ot, pojawia się mocno podchmielony szef wioski (incognito), któremu odmawiamy sposoringu alkoholu.

W gruncie rzeczy komiczny incydent wypycha nas jednak w zmierzchające oblicze dżungli. Postanawiamy więc spędzić noc na łonie tropikalnej przyrody miast w wiosce. Wszak Kazik pisał: kładłem się spać w namiocie z uczuciem takiego bezpieczeństwa, jakbym spoczywał w wygodnym łożu chronionym murami twierdzy. Gdy ognisko dogasało, słyszałem szelest sztywnego płótna brezentowych ścian namiotu. Czasem uderzyła w nie łapa zwierzęcia szukającego żeru, zwierz jednak uchodził natychmiast spłoszony dźwiękiem naprężonego płótna. Rano tylko odnajdywałem wokół namiotu ślady potężnych łap odciśnięte w ziemi. (…) Nad zwartą zielenią podrównikowego lasu migocą jeszcze grudniowe gwiazdy, lecz już powoli wstają zorze. Od czasu do czasu las jakby zadrży w przerażeniu, gdy potężny ryk lwa się rozlegnie. Pod drzewem każdym, pod krzewem, wśród puszczy tajemne szmery słychać, czy to węży, czy innych mniejszych zwierząt, które słysząc zbliżające się kroki, starają się skryć jak najgłębiej.

Dziś króla puszczy w tych stronach nie musimy się obawiać. Zbaczając z drożyny, naszym zmartwieniem pozostają jedynie węże, skolopendry, pająki i skorpiony, które jednak płoszymy nieodzownym w tropikalnym lesie kijkiem i szmerem grubych opon Brennaborów. Lawirując po potencjalnym polu minowym odnajdujemy uroczą, trawiastą polankę pośród puszczy, idealną na biwak. Powyżej wciąż kotłujących się ponad granią Imatong burzowych chmur, migocą gwiazdy, księżyc w pełni nieudacznie próbuje przemycić swój blask w ostępy lasu, a z chaszczy dochodzą tajemne szmery. Wsłuchując się w rozcykany, rozświergotany, rozrechotany egzotyczny las zasnąć trudno… aż w końcu nadchodzi sen spokojny, unurzany w bezpiecznej twierdzy namiotu i dzikiej przyrody wokoło.

Oprócz pól minowych mijamy po drodze także inne pozostałości po ostatniej wojnie, wojnie tymczasowo zawieszonej… Ukryte pod drzewami armaty, wraki wozów pancernych i czołgów. Radziecki czołg w dżungli wygląda co najmniej dziwnie. Czołg przy murzyńskiej tukuli, czołg pośród bananowców… W Sudanie Południowym nie wyrabia się praktycznie żadnych souvenirów, żadnego rękodzieła, więc jedynymi pamiątkami pozostają militaria zebrane po drodze. Pocisków i łusek, każdego kalibru, po drodze nie brakuje…

Z gór zjeżdżamy na lekko pofalowany, porośnięty dżunglą teren, zamieszkały przez Aczoli. Lud ten zajmuje tereny pogranicza Ugandy oraz Południowego Sudanu i raczej nie słynie z gościnności i przyjaznego nastawienia do przybyszów. To z tego plemienia wywodzi się Joseph Kony i jego bandy oprawców LRA. Niewiadomego ciąg dalszy, a na dodatek Wielka Sobota oznacza tu chyba ogólne pijaństwo. Kobiety zgromadzone pod drzewami bądź słomianymi zadaszeniami-kościołami, wyśpiewują wielkopostne pieśni w wydaniu murzyńskim, w oczekiwaniu na Zmartwychwstanie, zaś mężczyźni w większości pozostają na swoich stanowiskach, opijając się w cieniu wódką z plastikowych woreczków. W jednej z wiosek wstawiony gość w siwym garniturze i kapeluszu zaprasza nas do swojego obejścia. Choć to jego ojciec jest szefem wioski, wygląda na to, że to właśnie on jest najbardziej poważany – skończył dwie klasy i kandyduje do rady gminy w nadchodzących wyborach. Jego hasło, powtarzane do znudzenia, to: God bless me! Kobiety na nasz widok zaczynają tańczyć i śpiewać. Usadzeni na ogrodowych krzesłach poznajemy całą rodzinę, ale największym szokiem jest pozycja kobiety w tej kulturze – Aczolki podchodzą do nas na klęczkach i witają się na kolanach! Nie jest to odosobniony przypadek, w wioskowych sklepikach kobiety także witały się i robiły zakupy na kolanach! Żona naszego gospodarza otwiera butelkę piwa zębami i podaje swojemu „wybitnemu” mężowi… Tak, faceci tu są beznadziejni, bez inicjatywy… Proszą, aby wstawić się za nimi w diecezji Torit, aby wybudowano im kościół, bo w porze deszczowej, modląc się pod drzewem mają utrudniony kontakt z Bogiem. Patrzę wokoło – kilkunastu chłopa w sile wieku, nieopodal wioski drewno i wysoka trawa – materiały potrzebne do postawienia słomianej wiaty – tutejszej świątyni, lecz pewnie żadnemu z nich przez myśl nie przeszło, że można by wysilić się w tym kierunku.

W drodze przez kraj Aczoli, wielokrotnie ostrzegano nas przed muchami tse-tse na drodze do Opari. Insekty te są groźne dla ludzi i zwierząt. W rejonach, gdzie występują, nie ma w ogóle bydła, a ludzie zapadają na śpiączkę afrykańską. Szacuje się, że 50-70 tysięcy osób rocznie zasypia po ugryzieniu tse-tse. Postanawiamy zmienić trasę, aby ominąć felerny rejon, lecz przenoszące śpiączkę muchy także się przemieściły. Jest ich zatrzęsienie i nie sposób się od nich opędzić, gryzą przez ubranie, lecz najbardziej upodobały sobie dłonie i nadgarstki. Pomimo zmęczenia, pędzimy przed siebie jak szaleni, wymachując rękoma na wszystkie strony. Tej nocy w wiosce Aczoli wcale nie chce się zasypiać, być może ostatni raz…

W Niedzielę Wielkanocną przejeżdżamy przez ziemie grupy etnicznej Madi i wieczorem docieramy ponownie nad Biały Nil, do Nimule. To już ostatnie chwile w Południowym Sudanie. Podczas podróży przez ten kraj, moje wszystkie wcześniejsze wyobrażenia o nim legły w gruzach i już mocno tęsknię do południowosudańskiej atmosfery.

Na koniec zatem wyskakujemy z Kiwi na bardzo, bardzo lokalną dyskotekę. „Stodoła” „wytapetowana” jest od środka workami po pomocy humanitarnej UNHCR. Nylonowe ściany nie przepuszczają zatem odrobiny powietrza. Wbijamy na dance-floor – uderza w nas gęsty, ostry odór murzyńskiego potu. W tej saunie porusza się w rytm współczesnych, afrykańskich przebojów parę setek czarnych ciał kręcących i trzęsących tyłeczkami. Momentalnie otacza nas tłum facetów – Biała i Biały Haładzia! Ten lokal z całą pewnością jeszcze tego nie widział. Niepewnie gęsta atmosfera szybko się jednak rozluźnia i zyskujemy nieco miejsca na „parkiecie”, by żegnać się z południowo-sudańskim luzem, co krok, odstawiając na bok kolejnych amantów i tak aż do białego rana.

Następnego dnia śmigusowo-dyngusowo żegnamy się z Kiwi i Maćkiem, który wspierał nas logistycznie m.in. przetransportował nie obsadzonego Brennabora z Juba do Nimule. Z łezką w oku, z sercem ściśniętym żalem, odwracamy się ze Zbyszkiem plecami do Sudanu i zmierzamy do Gulu w północnej Ugandzie. Kończy się tym samym dwumiesięczna, sudańska przygoda – etapy IV i V sztafety śladami Kazika: Z Nowakiem w pustyni i w puszczy. To jednak nie koniec naszego nadawania w AfrykaNowaka.pl – w związku z delikatnym poślizgiem kolejnej ekipy, jako etap V i pół – Bananarama, będziemy pedałować przez Ugandę aż pod Ruwenzori.



And so that’s Northern Sudan

At the market place there are no more naked warriors and women. However nearby, by the Nile, or the municipal lavatory – baths – laundry, the locals without any embarrassment show their charms.





The cruise is extending endlessly. Among the Sudanese swamps the sweat is streaming down.
– Our mothers, wives and mistresses care like always to excess and worry for the future. And what are you guys going to eat there? – laugh the 5th stage travelers.
– Well there is nothing to be worried about – the food makes one of the nicest and interesting aspects of traveling. In Sudan, a country deprived of cutlery, the soup can be eaten simply with a hand. Almost all the dishes are impressive.
At least one is better than the previous one. Looking into the cook’s pot in Shendi , cause that’s the best way to check the menu In exotic countries, the Poles notice some delicious liver. After a while the dish was on the table.
– My compliments! – said the cook after the dinner. – The tourists never taste the raw camel liver! Did you like it?
*
The morning on a boat. A man in a military uniform surprised to see a white face looked around the tent. He had a red band on his arm with an inscription SPLA (Sudan Peoples Liberation Army) Port Police.
So that’s the Southern Sudan! That’s the border!





The boats are crossing the land of the Dinka tribe, for which the most precious treasure is the everywhere pasturing cattle.
– The view of Malakalu in a market day is really particular. The majority of the warriors come totally naked, wearing only a band made of small beads. (…) The women from the Nuer tribe don’t wear any clothes and even when they visit the village they look as God made them – wrote Kazimierz Nowak some time ago.
Today at the market there are no more naked warriors and women. However nearby, by the Nile, or the municipal lavatory – baths – laundry, the locals without any embarrassment show their charms.
– It’s more shocking considering the fact, only two days ago we were in the conservative world of Islam! – notices Kuba Pająk.
„Say no to gun in the election 2010 and referendum” – announce the roadside posters. The April elections are close. Here all the generations don’t know what the elections neither the democracy are, and some formations don’t care about peaceful campaign and elections. Among others the present president Omara al-Bashira and the government in Chartum are accused of exciting ethnic conflicts in the South, they care the most about the elections defeat in this region.  
The route goes through Sudd, one of the most marshy areas in the world. That’s how Nowak remembered them:
–  There are nothing interesting waiting for civilized newcomers, except the black fever, malaria and leprosy.
Sometimes we don’t meet anyone during the whole day. Nowak writes:
– Imagine, men and women, except of the married ones, are totally naked, at best the not-married women wear a string of beads and the married ones instead of a fig leaf a dirty  rag or wild cat skin.
Today the sailing surrounding is not so empty, but if you enter the swamp wilderness, you will surely see the scenery like from before 80 years ago.
The underhand dealings between the boat and the land are very interesting.  Passing near a people’s habitat we hear from the bank: onion, onion! The passengers shout: corn, corn! Throw! The exchange is of what is growing at the moment.
The dry season is going to end soon, so the Dinka have just arrived by the river. The straw huts are not yet coated with the mud mixed with cow turd. Between them the dung is getting dry. As Nowak described it, the cow turd and the urine are the best “cosmetics”. For example the Africans paint their hair with cow urine to give them red-yellow color.
*
If they only could get by bicycles to any road….. But still the Southern Sudan is a wild country, deprived of roads, trade and industry. Around us cane forests, or a steppe til the horizon, and who knows where hided after war mines  – to stay fit the Poles are pedaling all around on the boat on an empty deck not occupied by the passengers.   
They cover their last 100 kilometers to Bor in three days.
*
The stamp of the next registration, this time to the Southern Sudan, takes already the fifth page in the passport since the moment they arrived to Sudan.
Nowak wrote: In the afternoon we were staying in the Bor settlement inhabited by the Dinka tribe, but although I was wandering a lot I didn’t take any picture.  Or the motives were not interesting enough or the locals spoilt by the tourists demanded a tip, so I resigned.
Yes. In 1932 Kazik met a phenomenon we also came across in several places visited massively by the tourists! In that time Bor was one of the stops of the river-rail line between Cairo-Cape Town. Today, nobody remembers those tourists, who nowadays avoid this destination touched by long term wars.
*
In the night the dried ground for the first time from a month received abundant rainfalls starting the rain season.  The road dry as tinder changed into a mud gunge.
We diversify our stop in Bor by making escapades around the neighborhood. But it’s better not to leave the main trail. It’s not because of the venomous creatures but the thousands of after war mines waiting for a wrong step.





– Nevertheless we visit a leprouses village. We leave the main trail leading into the bush, hoping that the one who left the tire tracks knew what was doing in this mine field  – says Kuba. – When we arrived to the village, strange deformed creatures started to come out of the huts, I started to ask myself what to the hell are we doing here? Leaving, I had an impression that our visit, even if couldn’t help these people, delighted the village inhabitants.
*
The route from Bor to Juba – the capital of the Southern Sudan, the Nowak’s imitators surmount like him, on a boat up to the White Nile.

The day of the Palm Sunday on the doors of the St Joseph Church in Juba, we hanged another commemorative plaque (N 04 50.980′ E 031 36.599′). That’s the place where Nowak stopped in 1932.





The best example showing the difficulties of the route is the night adventure with a lion, that Nowak beat with his two spears.
Unfortunately the years of war frightened away or wiped out all the biggest animals. We don’t have to fear the lions, to pay attention to the elephants paths, to watch the grazing giraffes. A big animal appeared on our plate, when one of the roadside diner served us antelopes.
– For us the most unknown part from all the Sudan is the route through the Imatong mountains, from Torit to Nimule by the Uganda border. The tourists have possibly never been here because of the decades of wars – say the travelers.
The temple, in which Kazik was praying, actually do not exist, there are only three brick walls left. Today, the worshippers pray in provisional chapels nearby the destroyed churches, at the open air.
The two month Sudanese adventure is coming into the end, but because of a small delay of the next team we will continue the route till the Ruwenzori mountains in Uganda, as the stage no 5 and a half called „Bananarama”.
*
The Victoria Nile crossing – the most interesting is the life of the river.
– In the first 5 minutes we have seen so many hippos and crocodiles, as during the whole three weeks by the White Nile in the Southern Sudan – claim the participants of the relay. Elephants, antelopes, buffaloes, warthogs come to the watering-place, the monkeys jump on the cliffs and different birds fly all around. The animals visit also our camping: the baboons, a nice warthogs family, and apparently sometimes the hippos.
A beautiful view on the green African hills spreads in front of us.
April the 17th, 2010 on the equator in Uganda, on the south of the Kasese city
the stick is delivered to the team of Janusz Adamski, who leads the sixth stage “Bicycles in the mist” – Uganda, Rwanda, Congo.

So – das ist also der (Nord-)Sudan?

Heute sind keine nackten Krieger oder Frauen mehr auf dem Markt zu sehen. Doch nicht weit von hier, unten an der Badestelle am Nil oder der Wäscherei, sieht man die Einheimischen noch ganz selbstverständlich ohne Hüllen heraumlaufen.

Die Strasse nimmt kein Ende. Wir fahren durch Sümpfe, der Schweiß läuft in Strömen an unseren Körpern hinab.
Unsere Mütter, Frauen und Freundinnen machen sich pausenlos Sorgen um uns. “Was esst ihr dort eigentlich?” fragen sie uns, erzählt lachend einer der Teilnehmer der 5. Etappe.
“Dabei muss man sich gerade deswegen keine Sorgen machen – die Verpflegung ist einer der interessantesten Aspekte beim Reisen. Im Sudan findet man selten Essbesteck, sogar Suppe wird oft mit den Händen gegessen. Wir haben bis jetzt kaum ein Essen gefunden, das uns NICHT geschmeckt hat.  
Das nächste Essen schmeckt oft noch besser als das vorhergegangene. Einmal entdecken die vier Polen beim Blick in den Kochtopf – das ist hier der beste Weg, herauszufinden, was es wirklich gibt – ein Stueck Leber. Nach kurzer Zeit liegt es auf den Tellern der Vier.
„Kompliment!” sagt der Koch nach der Mahlzeit. „Die meisten Touristen trauen sich nicht, rohe Kamelleber zu kosten! Hat es euch geschmeckt?”
Es ist früher Morgen auf einem Boot. Ein Mann in einer Armeeuniform scheint überrascht zu sein, in vier weiße Gesichter zu blicken, als er in das Zelt schaut. Auf der roten Armbinde an seinem Arm steht: SPLA – Hafenpolizei (SPLA = Sudan Peoples Liberation Army = Süd Sudanesische Befreiungs Armee)
Das ist also der Süd-Sudan?! Die Grenze?!
Das Boot überquert den Fluss und landet am anderen Ufer. Wir sind im Dinka-Land. Für das Nomadenvolk der Dinka ist ihr Vieh der grösste Schatz – und ihre Lebensgrundlage.
Nowak schrieb:
Der Blick auf den Markt ist in der Tat einzigartig. Die Mehrheit der Krieger ist fast nackt, sie tragen nur einen spärlichen Lendeschurz. Die Frauen der Nuer tragen keinerlei Kleidung. Sogar wenn sie ins Dorf gehen erscheinen sie dort wie Gott sie schuf …”

Heute sind keine nackten Krieger oder Frauen mehr auf dem Markt zu sehen. Doch nicht weit von hier, an der Badestelle unten am Nil oder der Wäscherei, sieht man die Einheimischen noch ganz selbstverständlich ohne Hüllen heraumlaufen..
“Für uns ist es trotzdem ein kleiner Schock – insbesondere angesichts der Tatsache, dass wir noch vor zwei Tagen in der islamischen Welt waren!” erzält Kuba Pajak.
“Sag’ nein zu Waffen bei den Wahlen und dem Referendum 2011!” liest man auf den Plakaten am Strassenrand. Die Wahlen stehen kurz vor der Tür. Es gibt hier allerding kaum jemand, der mit Wahlen oder gar Demokratie etwas anfangen könnte. Einigen Gruppen ist ein Gewaltverzicht im Rahmen von Wahlen und Wahlkämpfen eher egal. Der derzeitge Präsident des Sudan, Omar Al-Bashir und die Regierung in Khartoum werden unter anderem beschuldigt, ethnische Konflikte im Süd-Sudan anzufachen, da sie die letzte Wahlniederlage im Süden nicht verwunden haben.
Wir fahren weiter in Richtung Sudd – und befinden uns in einer der sumpfigsten Gebiete des Sudan. Nowak erinnerte sich daran wie folgt:
“Es gibt hier nichts interessantes für den (westlichen) Reisenden zu entdecken – außer schwarzes Fieber, Malaria und Lepra.”
“Es gibt Tage, da treffen wir keine Menschenseele!” Nowak schreibt:
“Stell dir vor, Männer und Frauen – mit Ausnahme der Verheirateten – sind fast vollkommen nackt. Vielleicht tragen die nicht verheiratete Frauen noch einen kleinen Lendenschurz, die verheirateten ein Stück Tierhaut, um sich zu bedecken.”
Heute ist diese Gegend nicht mehr ganz menschenleer. Doch sobald man den Sumpf betritt ist es wie zu Nowaks Zeiten: Leere soweit das Auge reicht.
Das leben auf dem Boot ist ruhig – aber nicht langweilig. Der Handel zwischen Boot und Ufer ist besonders spannend. Sobald wir  uns einem Dorf nähern, hört man z.B. ein lautes “Zwiebeln! Zwiebeln!”. Die Passagier rufen dann zurueck “Mais! Mais! – Wirf es!” – und schon wechseln die Waren fliegend ihren Besitzer.
Die Trockenzeit geht ihrem Ende entgegen. Die Dinka kommen langsam am Ufer des Flusses an. Ihre Hütte sind noch unfertig – die Dächer sind noch nicht mit jenem typischen Mix aus Ton und Kuhdung gedeckt. Nowak beschrieb den Dung und Urin von Kühen als “beste Kosmetik”. Einige der hiesigen Stämme behandeln ihre Haare mit Kuh-Urin, um sie gelb-rot einzufärben.
“Wenn wir nur eine Strasse erreichen würden … aber der Süd-Sudan ist sprichwörtlich ein wildes Land. Keine Strassen, Handel oder Industrie. Um uns herum regieren Zuckerrohr-Felder – oder endlose Steppe. Und noch immer sind wir zögerlich, die Strasse zu verlassen, da hier zahllose Minen im Boden liegen.
Um in Form zu bleiben, trainieren die vier Polen auf dem Schiff – Runde um Runde auf einem leeren Deck.
Die letzten 100 km nach Bor legen sie in drei Tagen zurück.
Der nächste Registrierungsstempel nimmt schon die fuenfte Seite in den Pässen ein.
Nowak schrieb:
“Am Nachmittag rasteten wir in einer Dinka-Siedlung in der Nähe von Bor. Ich lief viel herum – und machte doch kein einziges Bild. entweder fand ich kein geeignetes Motiv oder die Einheimischen verlangten Geld fuer ein Bild, also ließ ich es sein.”
“Geld für ein Bild. Auch wir konnten dieses “Phänomen” beobachten – 80 Jahre nach Nowak – meist jedoch in den stark von Touristen frequentierten Gebieten. 1932 war in Bor eine Eisenbahnhaltestelle auf der Route Kairo-Kapstadt. Heute allerdings erinnert sich kaum noch jemand an diese Touristen. Letztere meiden heute dieses von 20 Jahren Bürgerkrieg verwüstete Gebiet.
In der Nacht fällt der erste Regen seit Monaten. Er läutet die Regenzeit ein – und über Nacht verwandeln sich die Straßen in einen Schlamm-Ozean.
Wir sind immer noch in Bor, verbringen unsere Zeit damit, durch die Stadt zu spazieren. Auch hier ist es besser, die Strassen nicht zu verlassen. Nicht etwa wegen wilden Tieren sondern wegen der Minen, die nur auf “den falschen Schritt” warten.

“Doch die Neugier siegt – und so entscheiden wir uns, ein Dorf zu besuchen, in welchem die meisten Bwohner an Lepra erkrankt sind. Wir verlassen die Haupststrasse und folgem einem Trampelpfad in den Busch. Wir hofften, das diejenigen, die diesen Pfad angelegt hatten, wussten, was sie taten!” erzählt Kuba.
“Als wir im Dorf ankammen, wurden wir von merkwürdigen Wesen begrüßt, die aus den Häusern kamen. Was um alles in der Welt machen wir hier? Doch als wir das Dorf wieder verliessen, hatten wir doch den Eindruck, dass unser Besuch ein wenig Abwechslung in das Leben der Bewohner gebracht hatte. Und auch wenn wir diesen Menschen nicht helfen konnten, so schien unsere Anwesenheit doch dankbar angenommen zu worden sein.”  
Die nächste Etappe führte von Born nach Juba – der Hauptstadt des Süd-Sudan. So wie Nowak vor 80 Jahren reisten seine “Schüler” auf einem Boot stromaufwärts auf dem weißen Nil.
Am Palmsonntag, auf den Stufen der Kirche des Heiligen Joseph, hängten wir eine weitere Gedenkplatte für K.Nowak auf. Hier hatte er 1932 Pause gemacht.
Vor 80 Jahren stellten wilde Tiere noch eine Bedrohung für Nowak dar. Eines Nachts musste er sich gar gegen einen Löwen verteidigen.

Der Bürgerkrieg ließ allerdings nur wenig Tiere übrig. Heute müssen wir keine Löwen fürchten, Elephanten auf der Strasse den Vortritt lassen oder Giraffen beim Grasen zusehen. Das einizge Tier, dass wir zu sehen bekamen, landete auf unseren Tellern – es gab Antelope.
“Der unbekannteste Teil unserer Route durch den Sudan waren die Imatong-Berge von Torit nach Nimule nahe der Ugandischen Grenze. Es ist wahscheinlich, das noch nie Touristen bis hierher vorgestossen sind – aufgrund des Bürgerkrieges.” sagt uns einer der Teilnehmer.
Der Temple, den Nowak hier einst besichtigte, existiert nicht mehr. Einzig eine “Mauer”, bestehend aus drei Steinen, erinnert noch an ihn. Heute beten die Gläubigen in einer improvisierten Kapelle neben der zerstörten Kirche unter freiem Himmel.
Nach zwei Monaten geht unser sudanesisches Abenteuer langsam zu Ende. Da die nächste Gruppe etwas später als geplant in Uganda ankommen wird, fahren wir noch etwas weiter. Wir werden in die Rwenzori-Berge fahren. Dies wird Etappe Nummer 5 ½ – wir nennen sie “Bananarama”.

Die Querung des Victoria-Nils – das Interesanteste ist das Flussleben

“Schon in den ersten 5 Minuten sehen wir mehr Nilpferde und Krokodile als während der gesamten 3 Wochen am Weißen Nil im Süd-Sudan. Wir sehen Elefanten, Antilopen, Büffel und Warzenschweine, die sich an einem Wasserloch sammeln, Affen die von Felsvorsprüngen springen and zahllose Vögel. Einige Tiere besuchen uns auch auf dem Zeltplatz – so wie die neugierige Warzenschwein-Familie und manchmal ein Nilpferd.
17. April 2010: Wir erreichen den Äquator in Uganda, südlich der Stadt Kasese. Wir übergeben den Staffelstab an Janusz Adamski, der die nächste 6. Etappe anführen wird …

2 komentarze to “Góry Imatong (Torit – Nimule)Day 117-164, March 1st – April 17th Tag 117 – 164, 1.März – 17.April 2010

  1. Fasolka pisze:

    si, jadą z nimi:)
    A relacja wypas!

  2. baczaj pisze:

    Kuba
    Co się z Agą i Filipem dzieje? Czy oni jadą z Wami czy bez Was?

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV