Kraj zaskoczeń

Codziennie zaskakują nas tu nowe sytuacje, i codziennie wiemy, że kolejny dzień przyniesie nowe zaskoczenie, choć to wydaje się już wręcz niemożliwe. A jednak! Pierwszego dnia, ku naszemu nieustającemu zdziwieniu, na trasie z Algieru do Ouargli towarzyszyła nam „sztafetowa” asysta policji – Leszek zliczył 12 zmian patroli! W Ouargli podczas pierwszej kolacji kolejna niespodzianka: pieczony baran, dwudziestka mężczyzn, jedna kobieta i 14-letnie wino w niewielkim pomieszczeniu wykutym w skale. Gołymi rękami rozebrano barana, a kobiecie wybierano co lepsze kąski. Drugi dzień to zaskakujące spotkania z panem Andrzejem, reprezentantem Komisji Europejskiej, który przyjechał do Algierii jako obserwator wyborów parlamentarnych i Jonaszem-Algierczykiem, który śpiewa po polsku piosenki IRA. W międzyczasie dopadła nas ekipa telewizji Canal Algierie, nadającej w arabskich odbiornikach na całym świecie, która zmontowała kilka krótkich wywiadów na temat Nowaka. Pozostałą część intymności w podróży oddaliśmy towarzyszącej nam cały dzień ekipie montującej film dokumentalny na zlecenie algierskiego ministerstwa turystyki… Trzeci dzień to zdziwienie przechodzące w irytację, na wieść, że bez asysty wojskowych nie możemy wyjechać z miasta, i że będą za nami jechać aż do Algieru! W Touggourt zaskoczyły nas reakcje mieszkańców, którzy po obejrzeniu wieczornych wiadomości w Canal Algerie rozpoznawali w nas tych wariatów z Polski, którzy podjęli próbę przejechania rowerami 900 km z pustyni do stolicy. W tym mieście zaskoczył nas też brak standardu w hotelu, w którym nocowaliśmy – wrząca woda płynąca z obu kranów, napełniająca też spłuczki toalet, ale tylko tych które działają. Moglibyśmy tak wymieniać jeszcze długo.

Dwie kolejne noce mieliśmy spędzić na pustyni i akurat to, że ich tam nie spędziliśmy wcale nas już nie zdziwiło. Dotarliśmy do malutkiej wioski El Berd, do której przywieźliśmy „nowakowe” wieści. Chłopaki zaczęli rozbijać obóz na dziedzińcu lokalnej szkoły, a Julia w tym czasie zaoferowała pomoc kobietom w przygotowywaniu kolacji dla przybyszów w jednym z gospodarstw. Pokroiwszy kurczaka na cząstki, została zabrana na spytki przez najstarszą kobietę w domostwie: jesteś panną? mężatką? jakiego wyznania jesteś? skąd pochodzisz? co robisz w Algierii? Rozmowie przysłuchiwał się z tuzin kobiet i panienek. Po chwili rozpoczęła się sesja fotograficzna: zagroda z kozami została wybrana na pierwszy plan zdjęciowy. Kolejnym tłem stało się jedyne drzewko z zieloną koroną. I słodka herbatka w miniaturowych szklaneczkach. Pomimo braku znajomości wspólnego języka żartom i uśmiechom nie było końca – to były najdziwniejsze kalambury w jakich kiedykolwiek brała udział. Od roześmianego stolika co chwilę wstawała jedna z kobiet i rozpoczynała wieczorną modlitwę, by za chwilę wrócić do zabawy. O zmroku Julia wróciła do obozowiska, gdzie podano wyprawową kolację. W towarzystwie „zielonych”, „greenpeace” lub jak kto woli żandarmerii, zasnęliśmy prawie pod gołym niebem.

 

Następną noc spędziliśmy tuż przy plantacji marchewek, gdzie, a jakże by inaczej!, pilnowani byliśmy przez oddział żandarmów, wyposażonych w wóz opancerzony. Ściągnęli go pewnie dlatego, że tego dnia chcieliśmy zmienić ustalony plan by pojechać boczną drogą, wzdłuż wyschniętego solniska (szotta). W wyniku nieporozumienia, prawie udało nam się zgubić „zielonych”, przy udziale nieletniego Algierczyka-anarchisty o pseudonimie ZakoPro, który wskazał nam poszukiwaną drogę, zdaniem żandarmów nieprzejezdną. Grupa „zielonych” nas odnalazła i skończyło się na ostrej wymianie zdań pomiędzy Leszkiem a żandarmami. Zamieszanie było tym większe, że Julia też nie zauważyła, kiedy i gdzie skręciliśmy, i pojechała pierwotną trasą, sądząc, że nas goni. Tylko dlatego męska część ekipy wróciła na pierwotną trasę. I tak dotarliśmy do El Baadj, gdzie jeden jedyny raz nocowaliśmy na otwartym, prawie pustynnym, terenie.

Rankiem wyspani wyruszyliśmy do Biskry. Pierwszych 20 km to walka z wiatrem wiejącym w twarz. Gdy zaczął wiać w plecy, trasę urozmaicał nam żar lejący się z nieba. Jak dobrze, że na trasie mieliśmy zaplanowany postój nad wodami rzeki Biskra. To w tym miejscu 76 lat temu Nowak sfotografował jedyny most na Saharze. I my tam dotarliśmy! Most nadal stoi – porządna stalowa konstrukcja bez zmian robi wrażenie! Jedynie rzeka przypomina już bardziej spieniony ściek, więc nici z orzeźwienia w jej wodach …

Na wjeździe do Biskry towarzyszył nam pierwszy algierski bocian oraz obstawa na motocyklach w akompaniamencie policyjnych kogutów! Jechaliśmy dostojnym tempem, tak by zgromadzeni na chodnikach mieszkańcy mogli nasycić wzrok naszym widokiem i odpowiadać na kierowane do nich gesty pozdrowień. „Let’s go, please!” brzmiało w naszych uszach, gdy „psiogłodni” marzyliśmy o obiedzie po całym dniu jazdy. Ale nie było na to czasu – pędziliśmy do merostwa, gdzie osobiście uścisnął naszą dłoń mer miasta. I chyba w tym momencie zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nasi algierscy przyjaciele, szczegółowo realizują szkic trasy, który w trakcie przygotowań etapu został im wysłany z myślą, że to zwykła formalność do otrzymania wiz wjazdowych. Ale skoro Nowak był w merostwie, i my tam musieliśmy być. Na dziedzińcu urzędu umieściliśmy od razu trzecią tabliczkę, a kolejny dzień chcieliśmy w całości poświęcić na odpoczynek. Nocowaliśmy na terenie rezydencji kandydata na posła z partii rządzącej. To właśnie tam przy kolacji z oficjelami po raz kolejny przekonaliśmy się, że plan znów został już opracowany za nas i następnego dnia powinniśmy się stawić w maleńkiej miejscowości Chaiba (czyt. szajba). No więc nici z regeneracji sił. Na ponad 90 km trasę z Biskry do Chaiby zdecydowały się tylko Leszki – Julia, Kuba i Norbert wykorzystali wreszcie towarzyszący samochód Bashira na regenerację rozstrojonych żołądków i kolana, kibicując zza szyby auta chłopakom. Od peletonu odłączyli się również algierscy kolarze – Krimo, Toufik i Mouloud, którzy w towarzystwie żandarmerii nie byli w stanie odnaleźć „ducha Nowaka” i pojechali na kilka dni do Algieru – z planem ponownego podłączenia się na ostatnim odcinku trasy.

W okrojonym składzie dotarliśmy do maleńkiej miejscowości Chaiba, gdzie powitał nas tłum mieszkańców, głównie dzieci oraz kilkunastu przedstawicieli lokalnych władz. Ku naszemu zaskoczeniu czekała tam na nas również marmurowa replika tabliczki nowakowej w skali makro, przygotowana na zlecenie dyrektora turystyki znanego nam już z Biskry. Kolejna, jeszcze większa makroreplika ma zostać wykuta na zboczu góry otaczającej miasteczko – historia Nowaka zrobiła tu wielką furorę! Całokształtu zastanego widowiska dopełnił występ lokalnego poety-pieśniarza oraz grajków. W rytm ich melodii mężczyźni rozpoczęli tańce przywdziewając przeznaczone do tego białe szaty. Kuba z czasem stał się wodzirejem tańczących po zmroku „białych duchów”, dzięki czemu przylgnął do niego przydomek „president of Chaiba”! Istna szajba! Wszystkiemu przyglądał się w milczeniu doradca ministra turystyki (mówiący po polsku!). To on usłyszawszy nasze komentarze, poprosił, aby żandarmeria na czas występów lokalnych artystów, wpuściła na dziedziniec ogrodu dzieciaki, wypchnięte przed chwilą za bramę. Choć przez chwilę mogliśmy poczuć, że jesteśmy wśród zwykłych ludzi, a nie w rządowej delegacji.

W nocy spadł pierwszy deszcz. Pierwszy nie tylko dla nas, bo również Chaiba dawno nie uświadczyła deszczu. Chłodny wiatr od gór nadmuchiwał nasze śpiwory jak balony, gdy spaliśmy w półotwartym berberskim namiocie. Nowak na drodze z Biskry do Bou Saada cierpiał z powodu zimna i musiał dzielić te trasę na 7 odcinków. Nam się udało ją pokonać w dwóch rzutach. Gdy rankiem wyruszaliśmy w drugą część trasy (Chaiba-Bou Saada), rozpogodziło się i podczas pokonywania pierwszego górskiego podjazdu w Algierii, słońce rozpieszczało nas złotymi promieniami. Potem było jeszcze przyjemniej, nie tylko dlatego, że 100 km odcinek przejechaliśmy po płaskim lub z górki. Algierska pustynia przeradzała się w bujne, zielone doliny, poprzecinane skalnymi wąwozami i korytami rzek wypełnionymi piaskiem. Te sceny jak z baśni przewijały się przed naszymi oczami aż do samego Bou Saada.

Oniemiali uroczym położeniem miasteczka w dolinie, pomiędzy dwoma pasmami górskimi, wjechaliśmy pośpiesznie na teren szkoły hotelarskiej, gdzie czekała na nas kolejna grupa kilkunastu dyrektorów-trudno-spamiętać-ds.-czego. Ledwo zsiedliśmy z rowerów, zostaliśmy zaproszeni do klimatyzowanego pomieszczenia na powitanie ww. oficjeli. Uśmiechy, powitania, przemówienia, opowieści o Nowaku, nasze szczere wyznania nt. Algierii, Nowaka i podróżowania jego śladem. Wpis do książeczki-pałeczki i „let’s go please!” – wsiadamy na rowery i jedziemy na komisariat policji, na którym w 1936 r. nocował Nowak. Parkujemy. Zamknięte, a poza tym nie wolno robić zdjęć i ani pieczątki, ani wpisu do pałeczki nie dostaniemy, bo nie wolno. O! Lokalni przewodnicy korzystając z okazji, że byliśmy „ na mieście” zaprowadzili nas nad Moulin Ferrero – wodospad, na którym dawniej znajdował się młyn. Dziś po młynie nie ma już śladu (replika stoik w centrum miasta), więc skorzystaliśmy z orzeźwiającej bryzy i około 20.00 odeskortowano nas do noclegowni. W drodze powrotnej doznaliśmy kolejnego zaskoczenia – niezmiernie łatwo udało nam się zgubić „błękitną ochronę”, wystarczyło zawrócić na wąskiej, jednokierunkowej uliczce wypełnionej autami, wozami z osłąmi, motocyklistami, radiowozami i samochodami służowymi. Po powrocie do „ośrodka hotelarskiego” czekała na nas 4-daniowa kolacja przygotowana przez adeptów szkoły gastronomicznej. Obecność oficjeli obowiązkowa. Współpraca polsko-algierska zacieśnia się z każdą naszą wizytą w kolejnym mieście. Szkoda, że brak było czasu na zwiedzenie samego miasta – przecież jest takie piękne! „Jutro rano, przed wyjazdem przejedziemy uliczkami Bou Saada” – ustaliliśmy z Bashirem, Naszym Człowiekiem w Algierii, jak go nazwaliśmy. Tymczasem reszta wieczoru upłynęła w rytmach algierskiej muzyki na żywo. Wieczór i noc spędziliśmy pod wielkim, tradycyjnym namiotem berberskim. Tworzyło go kilkadziesiąt dywanów będących jego ścianami, i gruba, ponad stumetrowej powierzchni tkanina, służącego jako dach, a wszystko to podparte drewnianymi belkami i zamocowane do podłoża linami. Noc ta była nie byle jaka, bo niewielu śmiertelnikom dane jest obudzić się ze ścianą i sufitem wielkiego namiotu berberskiego na twarzy, tudzież na całym ciele. Nocna wichura przewróciła drewniane konstrukcje i ciężka pierzyna tkanych dywanów przykryła nas całkowicie. Na szczęście nikomu nic się nie stało i wzbogaceni o nowe doświadczenia smacznie spaliśmy dalej. 🙂

O poranku wyruszyliśmy wraz z naszymi przewodnikami („samemu nie wolno”) na podbój ulic Bou Saady. Mieliśmy nadrobić stracone poprzedniego wieczora widoki. „Uliczki, chcemy się przejechać uliczkami miasta” – na te słowa przewodnicy uśmiechnęli się i podjechaliśmy pod muzeum malarstwa im. Etienne Dinet. Ręce nam opadły, bo to nie uliczki, ale skoro już tam byliśmy… Dinet nas nie rozczarował: niebanalny dobór barw, wyraźne, ale nienachalne kontury postaci, sceny proste, ale wypełnione treścią, dalekie od martwej natury. Dinet to francuski malarz tworzący na przełomie XIX i XX w., który na tyle związał się z Bou Saada, że zapragnął, aby po śmierci jego ciało, a jeśli to niemożliwe, to choćby skrawek jego ubrania, spoczął w tym mieście. Jego ostatnia wola, eksponowana w gablocie w muzeum się wypełniła. Wcale nie dziwiliśmy się takiej ostatniej woli, bo Bou Saada ma w sobie magię. Tym razem, dane nam było ją tylko z dystansu poczuć, by zasmakować tej magii, wziąć w niej udział będziemy musieli tu przyjechać w innych okolicznościach, przy następnej wizycie w Algierii. Znów zabrzmiało „please, let’s go”. Tym razem wzywała nas Sidi Aissa.

Jeden komentarz / One Response to “Kraj zaskoczeń

  1. Zbych pisze:

    wróciłem do kraju…nadrabiam zaległości Nowakowe i co widzę…wielką tabliczkę i
    Norberta oszukującego na podjazdach ;]

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV