Na spotkanie z lwem (Juba – Torit)

(…) nie chcąc gnuśnieć w Juba wybrałem się ku granicy Abisynii na wycieczkę krajoznawczą, która w obie strony wynieść miała jakieś 600 kilometrów. Droga wiodła przez bezkresną sawannę, przechodzącą miejscami w gęste lasy, osad nie widać było, czasem tylko napotykałem grupki czarnych, zupełnie nagich myśliwych, za którymi postępowały równie nagie kobiety. Mężczyźni uzbrojeni w łuki nieśli po kilka włóczni, kobiety zaś dźwigały na głowach kosze z jadłem i naczynia z woda.

W rzeczywistości Nowak nie dotarł, jak mniemał, pod granicę dzisiejszej Etiopii, lecz w Góry Imatong na granicy ugandyjskiej. Nie zmienia to jednak faktu, że przebycie rowerem trasy do Torit i z powrotem, było nie lada wyczynem, którego pewno nikt przed nim nie dokonał. O trudach tego odcinka mówi najlepiej nocna przygoda z lwem, którego Kazik pokonał swoimi dwoma oszczepami. Od tamtego czasu region ten zmienił się jednak zasadniczo…

Na trasę z Juba do Torit z różnych, nieprzewidywalnych powodów wyruszam samotnie. Z pełnym szacunkiem dla mojej dzielnej, sudańskiej ekipy cieszę się z takiego obrotu sytuacji jak dziecko. W końcu cała idea sztafety śladami Nowaka rozpoczęła się od mojego projektu, przejechania solo połowy trasy Kazika na prostym rowerze a’la Ukraina. Samotna podróż to, w porównaniu z działaniem w zespole, przygoda zupełnie z innej planety: możesz liczyć tylko na siebie i na ludzi, których napotkasz po drodze. Odbiór świata wokoło staje się jakby pełniejszy, choć na pewno bardziej subiektywny. Samotnie łatwiej nawiązać kontakt z miejscowymi i w ogóle jest cudownie inaczej. Umysł otwiera się na nowe sposoby, a przez głowę przelatują coraz to bardziej abstrakcyjne myśli, które w spokoju można rozwijać we wszystkich kierunkach…

Z Juba wspinam się właśnie budowaną drogą na Nimule, na granicy ugandyjskiej, która docelowo ma być asfaltowa. Tymczasem afrykański szutr, lecz jedzie się gładko, bo droga nie została jeszcze zniszczona, przez jeżdżące tędy ciężarówy, nie ma dziur ani niezwykle uciążliwej „tarki”. Po kilkunastu kilometrach odbijam jednak w bardziej prowincjonalną trasę na Torit i odległą granicę kenijską. Po opuszczeniu cywilizacji bud na rozjeździe zagłębiam się w bezludny busz. Po obu stronach dziurawej, czerwonawej drogi na przemian spalone słońcem połacie wysokich traw oraz splątany gąszcz ciernistego lasu. Słońce chyli się ku zachodowi, a zdobywany z mozołem kilometr za kilometrem nie przynosi żadnej, choćby najmniejszej wioski (stare, ruskie mapy przez długie lata wojny zdecydowanie straciły na aktualności).

Przez głowę przelatują rozmaite myśli. Paradoksalnie dochodzę do wniosku, że Nowak miał o niebo łatwiej – w każdej chwili mógł zatrzymać się na nocleg w buszu, a jedynym zagrożeniem były dla niego drapieżne zwierzęta. Obecnie tereny te poryte są jednak głębokimi, wojennymi bliznami – niewyobrażalnie powykręcane wraki samochodów oraz tabliczki z trupimi czaszkami dobitnie mówią, że lepiej nie schodzić z wyboistego traktu. Wokoło pola śmierci – pola minowe, więc nocleg na dziko nie jest najszczęśliwszym pomysłem – trzeba uparcie pedałować naprzód.

Kolejna sprawa zawracająca myśli to LRA (Armia Oporu Pana), organizacja terrorystyczna, pustosząca od lat pogranicze Ugandy i Sudanu Południowego. Okrucieństwa, których dopuściła się LRA, pod kierownictwem poszukiwanego międzynarodowym listem gończym pana Kony’ego, są wprost nie do opisania. Dziesiątki tysięcy porwanych z afrykańskich wiosek chłopców zostało przez oficerów LRA wyszkolonych na maszyny do zabijania i siania terroru. Porywane dziewczynki zostawały „żonami” żołnierzy i niewolnicami seksualnymi. Oddziały LRA pustoszyły wioski i całe regiony, paląc, gwałcąc, ćwiartując maczetami i dopuszczając się tak okrutnych tortur na zwykłych wieśniakach, jakich nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Dziecko, które zostało porwane, aby przeżyć i zostać żołnierzem LRA musiało na oczach innych, uprowadzonych ludzi, zabić swojego ojca, matkę, brata, kolegę… Jeśli się zawahało, rozpłakało bądź z innych względów okazywało słabość, to ginęło pod uderzeniami kija, maczety… Ponoć żołnierze LRA zostali w końcu wygnani z Ugandy i w małych 5-6-osobowych grupach przemieścili się w rejony pogranicza sudańsko-kongijskiego (Yambio), sudańsko-centralnoafrykańskiego, a nawet w Darfur (LRA wspierana jest ponoć przez reżim prezydenta Bashira). Jednak nigdy nie wiadomo, kiedy i gdzie się pojawią. W zeszłym roku zdarzały się nawet napady w okolicach Juba, przypisywane LRA. Patrząc na kilometrami bezludny busz wokoło, modlę się jednak w duszy o ewentualne spotkanie z lwem raczej niż z dziećmi-żołnierzami LRA. Tego terenu nie da się kontrolować ani okiełznać. Północ nigdy nie wygra z Południem.

Szarzeje, gdy wreszcie pojawiają się słomiane strzechy pierwszej od rozjazdu wioski. Kobiety dźwigają w karnistrach wodę ze studni, pomiędzy tukulami pałętają się dzieciaki, wstawieni mężczyźni zalegają pod kilkoma sklepikami – ot, normalna, afrykańska wioska. Po przywitaniu ze wszystkimi dostrzegam także ludzi w mundurach i o dziwo tylko lekko wstawioną grupkę facetów, grających w domino. Pytam o możliwość noclegu. Co? Nie ma takiej opcji. Jednak po chwili człowiek, w koszulce z wizerunkiem ojca Południowego Sudanu – Johna Garanga, spostrzega Brennabora. Na tym przyjechałeś? Tak, na rowerze, więc co mam dalej zrobić? Okej, możesz zostać u nas na noc, ale jutro skoro świt pojedziesz dalej.

Okazuje się, że ta niepozorna wioska to punkt kontrolny i koszary żołnierzy SPLA – Armii Południowego Sudanu. Dostaję pachnącą nowością słomianą chatkę, w której jest nawet bambusowa prycza. „Kapana czysta była wzorowo”. Na szczęście bez duszącego dymu z ogniska. W otoczeniu oficerów, na plastikowych krzesełkach, opowiadam historię Nowaka i dlaczego jadę przez Afrykę na rowerze. Dla miejscowych jest to coś nieprawdopodobnego, tylko Biały Haładzia może mieć takie głupie pomysły i na dodatek nikt mu za to nie płaci. Dostaję miskę wody do spłukania z siebie grubej warstwy czerwonego pyłu, a po zmroku zaproszenie do wspólnej michy – całkiem smaczna papka z manioku i sorgo z trzema różnymi sosami do okraszenia. Kładę się zmęczony, lecz spać trudno. Wsłuchuję się w życie obozowiska i mej chatki. Wiatr szumi w trawiastych ścianach noclegowni, przez szpary przebija blask księżyca w pełni, a i samą jego gębę widać bez wychodzenia na zewnątrz. W słomianych ścianach i dachu wierci się garnizon wszelkiej maści robactwa, chrobocząc i szeleszcząc. Z jednej strony dobiega żywa, afrykańska muzyka, z drugiej pieśni wielkopostne w wydaniu europejskim, skądinąd jeszcze charczy radioodbiornik z wiadomościami po arabsku (tak, tu na Południu też mówi się w tym języku, z tym że w zupełnie innym, murzyńskim dialekcie Arabic Juba). Zza ściany dobiega także surowa reprymenda dla jakiegoś szeregowca za pijaństwo. W końcu wszystko cichnie, tylko komary bzyczą za uchem.

O świcie wyruszam dalej w stronę Torit. Nowak pisał: Urocze były to dni! Zwierzyny mnóstwo, najwięcej zaś antylop, które nie uciekały na mój widok, dopiero gdy podchodziłem blisko, odbiegały parę kroków lub chowały za drzewem. Po konarach drzew skakały wiewiórki, wśród wysokich traw pasły się żyrafy. Głęboko wciśnięte ślady wskazywały, że drogę moją przecięło niedawno stado słoni. Na polance spostrzegłem ze zdumieniem błyszczącego pośród traw węża z rodziny pytonów, długiego na cztery metry.

Niestety lata wojny wybiły bądź wygnały z tych stron wszystkie większe zwierzęta. Nie trzeba już bać się lwów, zważać na ścieżki słoni, nie można przyglądać się pasącym żyrafom czy też stadom antylop. Po buszu nie wędrują już nadzy myśliwi ze swoimi kobietami – w ogóle wioski są bardzo rzadko, a pomiędzy nimi ani śladu działalności człowieka. Możliwe, że spokój sprowadzi w te strony z powrotem dzikie zwierzęta. Tymczasem widzieliśmy jedynie dwumetrowego pytona, trochę mniejszego zwierza oraz mnóstwo rozmaitego ptactwa. Myśliwi faktycznie są, lecz nie prowadzą już koczowniczego trybu życia – w gumiakach, z łukiem i strzałami wychodzą nocą, przy pełni księżyca, ze swoich osad, polować. Na co? Okazało się to wielkanocnego popołudnia, w jednej z przydrożnych knajpek:

What do You have to eat?

Animal from the bush.

– What kind of animal?

Pani wskazała na kolorowy plakat na ścianie – antylopa! Więc jednak nie jest aż tak źle. Suszone mięsiwo z buszu smakowało jednakże mało wybornie…

O ludziach napotykanych po drodze Nowak pisał: Na widok roweru grupki te znikały natychmiast w gęstwinie leśnej. Czy bali się mej długiej brody, czy też stalowego rumaka toczącego się bezszelestnie po ścieżynie? Obecnie ludzie nie uciekają przed białym rowerzystą, lecz przyglądają się mu się ze zdziwieniem i niedowierzaniem. Haładzia na rowerze? Niebywałe, tego tutaj jeszcze nie było, można by powiedzieć, że najstarsi górale tego nie pamiętają. Jednakże przekazy ustne miejscowej ludności Latuko może opowiadają o Białym na stalowym rumaku, przed którym uciekali ich prapradziadkowie. Muszą też babcie opowiadać w tych stronach bajki o Białych, porywających dzieci (tak zresztą kiedyś niestety bywało). Zbliżając się któregoś wieczora do wioski plemienia Latuko, dostrzegłem kilkuletnią dziewczynkę i jej mniejszego braciszka, wyłaniające się z buszu. Dziewczynka pchająca taczki z kanistrami z wodą krzyknęła tylko Haładzia! Haładzia!, porzuciła taczki i co sił w nogach poczęła uciekać czerwonawą drogą. Malec, nie zastanawiając się ani chwili, ruszył za nią, gubiąc po drodze obydwa klapki i spodenki! Z gołą pupą, trzymając gatki jedną ręką, umykał przed Białym na Brennaborze. Gdy się zbliżyłem, zniknęli w buszu. Haładzia jedzą dzieci, a Aczoli, do których zmierzamy, jedzą ludzi…

3 komentarze to “Na spotkanie z lwem (Juba – Torit)

  1. Ania pisze:

    BLE BLE BLE!!!

  2. Ania pisze:

    Dostałam 1!!!!

  3. Ania pisze:

    O jaki żal:(

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV