8 stycznia 2011
LUANDA – MUNENGA (222 km autobusem)
MUNENGA – PEDRA ESCRITA (37 km rowerem)
Nasz etap „W kraju Czarnej Antylopy” skonstruowany jest tak, że pierwsze 578 kilometrów to dojazd do faktycznego startu naszych zmagań na trasie Kazika. Z Luandy jedziemy do Huambo zwanego również Nową Lizboną. Tu zakończyli odtwarzanie szlaku Nowaka nasi poprzednicy z ekipy Angola 1 – „Szpiedzy z Krainy Deszczowców”.
Kolejne 797 kilometrów, czyli odcinek do granicy z Kongiem, przejedziemy już dokładnie po tropach naszego bohatera.
Tymczasem, aby lepiej zaaklimatyzować się do wysokich temperatur i wilgotności, postanowiliśmy część pierwszego odcinka przejechać na rowerach. Zanim jednak do tego doszło jechaliśmy autobusem z rowerami rozłożonymi na płasko w luku bagażowym autobusu kursowego na trasie Luanda–Huambo. Jechaliśmy, próbując odrobić zaległości w spaniu, bo klarowanie sprzętu poprzedniego wieczora przedłużyło się do 4.30 nad ranem, a w pamięci mieliśmy jeszcze przecież gorące pożegnanie zgotowane nam przez ekipę Norberta z poprzedniej nocy.
Zaraz po wyjeździe z miasta mijamy jeden z nowych stadionów zbudowanych niedawno specjalnie na Puchar Narodów Afryki, którego Angola była organizatorem. Dalej trasa w odcieniach ciemnej zieleni aż do miejscowości Dondo (177 km na południowy-wschód od Luandy) to przepiękna aleja potężnych baobabów, porastających raz po raz pobocza drogi. Od Dondo (ok. 100 m n.p.m.) profil trasy zaczyna się piąć zdecydowanie w górę. Tu właśnie, na tych morderczych podjazdach, postanowiliśmy zacząć naszą rowerowa przygodę. Nareszcie! Siedzimy na rowerach.
Od 14.30 do końca dnia, czyli do 18.00 (słońce zachodzi tu codziennie ok. godz. 19.00) udaje się nam przejechać zaledwie 37 kilometrów. Zaledwie, choć powinno się powiedzieć aż, bo warunki jak na rozgrzewkę przed miesięcznym etapem są naprawdę wymagające. Z nieba leje się żar, wilgotność jest wysoka. Rozbuchana roślinność po obu stronach równiutkiej, zbudowanej chińskimi rękami, asfaltówki rośnie na wysokość wyższą od znaków drogowych. Jedziemy w szpalerze jasnozielonej, gruboliściastej trawy. Podjazdy, o czym informują znaki drogowe, mają po 10-12% nachylenia. Dokonujemy morderstwa na własnym organizmie. Ukrop. Sapanie. Bezdech. Częste postoje na szczytach kilometrowej długości podjazdów. Dobrze, że mamy batony energetyczne i odżywki z elektrolitem (przeciwko odwodnieniu) firmy Vitargo. Przydają się. Bardzo!
A wokoło wyjątkowe „okoliczności przyrody”. Góry jak marzenie. Niepowstrzymana wegetacja roślinności tropikalnej. Sielaneczkę pejzażową z rzadka przerywa wehikuł leżący w rowie, autokar, który spadł w przepaść czy resztki ostrzelanego i spalonego samochodu.
Dojeżdżamy na pierwszy nocleg. Pedra Escrita (Zapisana Skała). Śpimy w miejscowej czteroizbowej szkole. Pięknie. Jest woda, dach nad głową i rozentuzjazmowani mieszkańcy, których oblepiamy naklejkami Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
[Piotr Sudoł]
Bym zapomniała kocham cię tato .
Widoki z drogi wprost przepiękne , mam nadzieję tato , że kiedyś razem pojedziemy taką drogą tyle , że konno i raczej wśród tych wysokich traw . Na temat batoników widząc na zdjęciu „kaka orginal” nie zazdroszczę wam przysmaków .W polsce orkiestra świątecznej pomocy była równie rozentuzjazmowana , ale w naszym przypadku w domu i przed telewizorem . Wybieram się jutro na konie a za miesiąc przekonam cię żebyśmy wybrali się razem . Kibicuje afryce nowaka z warszawy i życze powodzenia .