Po kilku dniach milczenia z powodu braku zasięgu uczestnicy etapu Angola II nadają kolejną relację! Na trasie działo się naprawdę sporo: dzieci wołały za Piotrem i jego ekipą „Chińczycy”, zamontowana została następna Nowakowa tabliczka, pojawiła się też możliwość zdobycia nagrody
Kolejny poranek na Misji Quipeio i kolejny głęboki wdech prastarej energii tego miejsca. Jestem pewien, że Zamoyscy i pozostałe polskie rodziny spędziły w tej dolinie w cieniu olbrzymich drzew eukaliptusowych wspaniałe chwile. I pewnie nie przez przypadek Kazimierz Nowak gościł na fazendzie Zamoyskich aż miesiąc. Magnetyzm tego miejsca powoduje, że zamierzamy zachęcić naszych rodaków do przyjazdu tutaj i dla większej motywacji zostawiamy naszemu gospodarzowi, katechiście, egzemplarz książki „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” ze specjalną dedykacją dla pierwszego Polaka, który tu dotrze i na własne oczy ujrzy mosiężną tabliczkę znaczącą szlak Kazimierza Wielkiego Nowaka.

Tymczasem jednak czas szykować się do drogi, a tu mieszkańcy misji nie chcą wyjść w pole póki nie zobaczą gości o białym kolorze skóry. Ruszamy. Całą noc padało i drogi zamieniły się w potoki błota. Jedzie się trudno. Czasem po jakichś chaszczach dla ominięcia błotnego bajora rozlanego wzdłuż i w poprzek drogi. Szczęśliwie pora deszczowa działa w ten sposób, że pada przeważnie w nocy i z rana, a w ciągu dnia w wyniku wysokich temperatur drogi przesychają. Tym razem było podobnie, więc po południu na wzniesienia ponad 1800 m n.p.m. wspinaliśmy się już po suchym błocie. W końcu wjeżdżamy na najwyższą przełęcz tego dnia i w malowniczym miasteczku skonani konsumujemy smażonego kurczaka i patatas fritas con piri-piri z plastikowego woreczka, który zakupujemy na lokalnym gastronomicznym straganowisku. Siedzimy w cieniu na kamiennych schodach katolickiego nieczynnego kościoła, a dookoła wioska szaleje. Dzieci krzyczą do nas chineses (chińczycy), dorośli pytają gdzie dokładnie w Afryce leży Polska i czy flaga z logo projektu Afrykanowaka to flaga Kuby.
Po drodze do Huambo udaje nam się namierzyć i odwzorować fotograficznie kolejne zdjęcie wykonane przez Kazimierza Nowaka. Tym razem jest to prześlicznej urody skała, czyli gamba jak nazywają ją miejscowi. Zdjęcie gamby ukazało się w artykule zatytułowanym Tam gdzie głód ma skrzydła w tygodniku „Na Szerokim Świecie” z końca kwietnia 1935 roku i podpisane było tak:
Okolica pod Nową Lizboną najeżona jest sterczącymi nad równią płaskowyżu olbrzymiemi blokami granitu, niby pomnikami zamierzchłych wieków.
Mimo, że ciśniemy intensywnie przez cały dzień do Huambo (czyli wspominanej przez Nowaka Nowej Lizbony) nie udaje się nam zdążyć przed zmrokiem. Ponownie do asfaltu dojeżdżamy w miejscowości Caala. Do planowanego postoju brakuje nam jeszcze 20 kilometrów. Wjeżdżanie rowerami po ciemku do Huambo, drugiego co do wielkości miasta Angoli, w sznurze motorynek, motorów (głównie marki Kewewseki), samochodów ciężarowych i rozpędzonych jeepów nie jest najlepszym pomysłem. Szukamy „podwózki”. Znowu robi się totalne zbiegowisko na największym skrzyżowaniu miasteczka, na którym aranżujemy dalszy transport i w końcu po godzinnych negocjacjach część ekipy (czyli ja z Krzyśkiem) lądujemy w radiowozie policyjnym, a druga połowa wycieczki wraz z rowerami w wynajętym busiku. Policjanci czują się za nas odpowiedzialni i wcześniejsze przedwyjazdowe informacje o ich „interesowności” nie znajdują potwierdzenia w faktach. Po przyjeździe na miejsce cały czas nas pilnują, dzwonią do komendanta, zapewniają o naszym bezpieczeństwie w Angoli. Jednym słowem są na akcji: „Czterech białych turystów-cyklistów z Polski ma przeżyć tę noc”.
Następnego dnia jesteśmy już roztasowani w sali lekcyjnej szkoły średniej Sepuk w centrum miasta. Naszym gospodarzem jest nauczyciel Nascimento Dinis (znajomy niezwykle pomocnej naszej wyprawie Pani Anny Kudarewskiej). W Angoli właśnie trwają wakacje (od końca grudnia do końca stycznia), więc nie przeszkadzamy szkole i dzieciakom w obowiązkach edukacyjnych.
Huambo jawi nam się jako miasto opustoszałych budynków i elewacji nakrapianych dziurami po kulach i pociskach artyleryjskich. Kiedyś mieszkało w nim 2 miliony ludzi, a obecnie 25 procent tej liczby. Miasto, zwłaszcza pod koniec wojny, w 2001 i 2002 roku uległo bardzo poważnym zniszczeniom wojennym. Wiele budynków stoi opustoszałych. Wnętrza popalonych mieszkań straszą pozbawionymi szyb otworami okien. Wydaje się, że prawie wszystkie budynki komunalne są smętnymi reliktami wojennej pożogi. W samym centrum miasta, obok szkoły, w której śpimy, stoi wyglądająca na były budynek rządowy rudera. Obecnie bardziej przypomina ser szwajcarski w połączeniu z serem pleśniowym. Cała fasada budynku nosi liczne ślady po pociskach, a wewnątrz zburzonych ścian rosną mchy, trawy i paprocie. Na tyłach budynku od podwórka chłopaki grają w piłkę. Przyłączamy się. Radosne okrzyki na tle scenerii minionego wojennego kataklizmu.
Na bramie szkoły od strony ulicy wieszamy kolejną tabliczkę z nowakowego szlaku. Kierujemy się na wschód ku granicy z Kongiem. Pierwsze dwa etapy dzienne powinny pójść gładko. Chińczycy zbudowali nowiutką asfaltową drogę.
[Tekst: Piotr Sudoł]
ola grandes herois, Angola Vos espera para mais uma Volta a Africa
Zdjęcie nr10 tak jak u Nas w Łodzi na
Bałutach-nie u Nas chyba gorzej.
Rewelacja, że znaleźliście tę skałę! Błotko widzę, że coraz poważniejsze, jaazda musi być niezmiernie przyjemna! Fajnie jest obejrzeć zdjęcia z Huambo zrobione za dnia, nam udało się zobaczyć to miasto tylko późnym wieczorem, podczas deszczu i z samego rana, tuż po świcie;)