Do granicy Konga (27-28 stycznia 2011)

.

Nasz ostatni pokonany rowerem odcinek w Angoli to wycieczka na granicę. Zbudowano tu most przerzucony nad rzeką Luao, stanowiącą naturalną granicę pomiędzy Angolą a Kongiem. Most to teren neutralny. Kilkanaście kilometrów dalej na północ Luao wpada do rzeki Kassai

.

27-28 stycznia 2011, LUENA – LUAU  i z powrotem (450 km chińskim autobusem – dwa razy)

Kiedy na początku marca 1935 roku Kazimierz Nowak, nie bez trudu, dotarł na rowerze do Vila Luso (obecnie Luena), miał już nowy plan. W artykule opublikowanym w 20 numerze czasopisma „Na Szerokim Świecie” z 1935 roku pisał tak:

Dziś mam już wreszcie w kieszeni kawałek papieru, upoważniającego mię do odbycia dalekiej podróży drogą wodną. Zatem jeden z następnych moich listów napiszę nie jako cyklista czy jeździec – ale jako właściciel i „załoga” statku, który da mi możność poznania nowych wrażeń.

Po raz pierwszy w sercu Afryki na dzikich wodach egzotycznej rzeki zatrzepoce chorągiew polska. – Ale nie czas jeszcze pisać o tem…

Plan miał taki, żeby trasę z Vila Luso do granicy z Kongiem Belgijskim w większej części pokonać czółnem spływając rzeką Kassai. Zanim jednak przystąpił do budowy łodzi, musiał pokonać około 100 kilometrów mokradeł zwanych przez tubylców Czana.

Ten fragment trasy opisuje w artykule „Afrykański Robinson Nowy” („Na Szerokim Świecie”, nr 22/1935):

Las, który porasta zachodnią część Moxico, przechodzi w karłowate zarośla, to znów w step, zalany o tej porze wodą, która tworzy bezkresne, zda się jezioro. Krajobraz przypomina bardzo bagienne rozlewy Białego Nilu, ziemię Sziluków, Dinka i Nuerów; trudno tu jednak tylko dojrzeć wioskę murzyńską.

Posuwamy się wolno – przeważnie brodząc w wodzie. Miejscami brnąć trzeba po pas, a rower koniecznie przenosić na ramieniu. Burza szaleje jedna po drugiej, a w przerwach pali słońce tak, że skóra rąk i twarzy pokrywa się wodnemi pęcherzami!

Pod wieczór rozbijam obóz na małej wysepce. Istne piekło: moskity chmurą obsiadają ciało. Z wielkim trudem daje się rozpalić ognisko, u którego moi murzyni przez całą noc pieką niemożliwie cuchnące mięso.

Później, po nieudanej próbie spływu rzeką Kassai, utopieniu „statku” „Poznań 1”, nocnej walce z hipopotamami, kolejnych cudownych odratowaniach od niechybnej śmierci i po zorganizowaniu siłą karawany tragarzy-tubylców Kazimierz Nowak w następnej korespondencji („Na Szerokim Świecie”, nr 25/1935) swoją sytuację opisywał tak:

Droga, do nierozeznania prawie zarosła, biegła przez przeogromne CZANA – płaskie jak stół mokradła. Grzywy traw wysokich jak człowiek prowadziły tajemną gawendę – a roje moskitów zda się chciały je zagłuszyć.

Od czasu do czasu zapadałem się w bagno. W innem znowu miejscu wody mokradła wyżłobiły sobie koryta, tworząc niby małe rzeki czy strumyki, które aby przejść, trzeba pływać.

Księżyc tonął za bezkresem CZANY, gwiazdy gasły, a wiatr niósł ciężkie chmury. Kir nocy otulił królestwo bagien, nad któremi zabłysły miljony robaczków świętojańskich, polujących na moskity.

Człapałem po wodzie. Droga coraz bardziej nikła, w końcu straciłem wszelki ślad. Czasem plusk ryb w bagnie, czasem przebiegły antylopy błotne. Moskity wciąż kłuły bezlitośnie, brzęcząc – czarna febra – czarna febra.

Kiedy pod koniec stycznia dzielni uczestnicy etapu „W kraju Czarnej Antylopy” dotarli do Lueny, do końca ich trasy pozostało ok. 275 kilometrów. Na mapie! W praktyce, po przeczytaniu zapisków Kazimierza Nowaka i po zasięgnięciu wiedzy wśród ludności tubylczej, stwierdziliśmy, że na pokonanie tego odcinka potrzeba minimum 12 dni, których oczywiście do końca naszego pobytu w Angoli nie mieliśmy. Nie mieliśmy też rowerów wodnych, bo tylko takie na moczarach i mokradłach miałyby szansę sobie poradzić. Wybraliśmy wariant okrążający, bo tylko ten dawał nadzieję na pomyślne dotarcie do granicy z Kongiem. Dawał, choć nie gwarantował, bo do przejechania było jeszcze ponad 450 kilometrów drogą uważaną za samochodową. Samochodową w tym sensie, że jeśli podczas przejazdu nie ma zakłóceń (zbyt rozmokła trasa, zwalone mosty lub awaria autobusu), to odcinek ten pokonuje się w 12 godzin.

Dodatkową atrakcją był fakt, że trasę tą musieliśmy pokonać również w drodze powrotnej, bo samolotowy powrót do stolicy Angoli zaplanowaliśmy z lotniska w Luenie.

Niespecjalnie pocieszeni faktem kolejnego przemieszczania się w inny niż jednośladowy sposób zapakowaliśmy rowery bez przyczepek do autobusu i ruszyliśmy ku końcowi naszej misji – ku miejscowości Luau. Autobus wyjechał planowo, czyli wtedy, kiedy zebrali się wszyscy pasażerowie. My mieliśmy być z bagażami o piętnastej, ale okazało się, że najlepiej jakbyśmy jednak byli o pierwszej. W nocy. Wybłagaliśmy więc czwartą nad ranem i szczęśliwie ruszyliśmy o w drogę o ósmej. Podróż przebiegła bez żadnych zakłóceń. Pijany pomocnik kierowcy całą drogę krzyczał: „Familia! Todos preparados documentos!”. Rozwrzeszczany na pełny regulator magnetofon raczył pasażerów drugiego rzędu foteli potężną dawką kizomby (lokalna odmiana samby) powodując, na przykład u Rafała, nerwowe napady szału. Te napady zresztą żadnego z nas nie dziwiły. Huk był tak potężny, że pomimo powkładanych do uszu specjalnych zatyczek poziom hałasu tworzony przez muzykę był dalej nie do wytrzymania. Pod koniec podróży Mirek dwukrotnie błyskotliwie odparł propozycje korupcyjne zaserwowane na punktach kontrolnych przez panów policjantów i tak szczęśliwie dojechaliśmy do Luau. Uff!

Przyjęcie w Luau było bardzo gorące. Przyjmowali misjonarze Misji Św. Tereski od Dzieciątka Jezus – Portugalczyk, ojciec Jorge, i Brazylijczyk, ojciec Luiz Claudio. Budynek misji to wspaniała, świeżo odrestaurowana, otoczona palmami postkolonialna posiadłość, która przywodziła na myśl czasy świetności portugalskiego królestwa. Tą świetność, przynajmniej funkcjonowania misji, pieczołowicie odtwarzają nasi gospodarze. Właśnie skończyli remont, aktualnie pogłębiają studnię. Opiekują się budynkiem szkoły i profesjonalną, ufundowaną przez UNICEF, salką komputerową z kilkunastoma notebookami. Na własnych polach uprawnych budżet misji starają się podratować uprawą kukurydzy, manioku, bananów i ananasów. Raczą nas też wspaniałym jadłem i napitkami. Na kolację włoszczyzna, a na obiad brazylijskie churrasco z paragwajskiej wołowiny! Popijamy casachą (brazylijską wódką z trzciny cukrowej) i przednimi białymi i czerwonymi winami portugalskimi. Mirek jest wniebowzięty!

Cudem udaje się nam wyrwać od biesiadowania. W centrum miasteczka znajdujemy porzuconą stację kolejową. Tą, której zdjęcia Nowak publikował w „Na Szerokim Świecie”. Poważnych rozmiarów pograniczna stacja kolejowa kolei transafrykańskiej znana w latach 30. XX wieku jako Teixeira de Sousa, jest obecnie mauzoleum kolejnictwa kolonialnego. Porozrzucane w nieładzie tory przed zarośniętym jakimś zielskiem budynkiem dworca i peronem. Kilka zardzewiałych lokomotyw stojących na bocznych torach, rampy załadunkowe, wagony towarowe, resztki hangarów. Festiwal pordzewiałego żelastwa i stali na tle pasącego się pod palmami rogatego bydła.

Nasz ostatni pokonany rowerem odcinek w Angoli to wycieczka na granicę. Zbudowano tu most przerzucony nad rzeką Luao, stanowiącą naturalną granicę pomiędzy Angolą a Kongiem. Most to teren neutralny. Kilkanaście kilometrów dalej na północ Luao wpada do rzeki Kassai. Posterunki graniczne stoją po obu stronach rzeki. Dzięki pomocy misjonarzy pogranicznicy pozwalają nam wejść na most i zrobić zdjęcie odwzorowujące to, na którym Kazimierz Nowak przekracza granicę. 1 maja 1935 roku nasz bohater był już w Dilolo pierwszej wiosce po stronie kongijskiej.

My zaś, dziękując celniczce, która zgodziła się pozować do zdjęcia w koszulce etapowej, odwracamy rowerki w kierunku przeciwnym do tego, w którym podążaliśmy przez ostatnie cztery tygodnie. Po 11 kilometrach pedałowania wracamy na misję. W programie mamy jeszcze przecież wieszanie tabliczki upamiętniającej nowakową podróż. Tabliczka zostaje powieszona na honorowym miejscu – pod sklepieniem łukowym w podcieniu budynku misji, okolonym wspaniałymi arkadami i zaraz przy wejściu na główne, frontowe schody budynku. Za tabliczkę dziękujemy fundatorom – nauczycielom, rodzicom i dzieciom z Szczecin International School w Szczecinie. Śruby w portugalską cegłę, angolską zaprawę i polskie kołki rozporowe wkręcili: Portugalczyk, Brazylijczyk, warszawianin i leszczynianin.

W Luau spędziliśmy niecałe 24 godziny. Wyjeżdżamy nie bez żalu, ale nie grymasimy, bo w Afryce, jak jest transport, to się jedzie. Jutro może pasażerowie się nie zbiorą albo spadnie deszcz i kolejny autobus pojedzie za 3 dni.

Już po zmroku przestrzeń czarną jak kolor skóry naszych współpasażerów pruje zdezelowany chiński autobusik. Kozy beczą, kury gdaczą, ktoś siedzi na worku manioku, na dachu kolorowe plastikowe miski przetykane naszymi Brennaborami. Znowu jakiś boom-box, używany przez kierowcę w zastępstwie napojów energetycznych lub kawy, charczy niemożebnie. Za oknem na sawannie budzą się do życia kły i pazury, a domowe kózki właśnie kładą się spać. Łubudu! Pauza! Gruch! Dwie już śpią. Na drodze. Rozjechane. Śladów hamowania brak. „Lezą jak chcą” – kwituje kierowca.

[Tekst: Piotr Sudoł]

LUENA
S 11*47’447”
E 19*53’878”
Elev. 1332 m n.p.m.
.
LUAU
S 10*41’884”
E 22*13’668”
Elev. 1120 m n.p.m.

Koordynaty powieszenia tabliczki:

LUAU
S 10*41’925”
E 22*13’689”
Elev. 1118 m n.p.m.

Cytowane reportaże i zdjęcia Kazimierza Nowaka z archiwalnych numerów „Na Szerokim Świecie”  pochodzą z archiwum Wydawnictwa Sorus, wydawcy książki Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd z reportażami Kazimierza Nowaka pod redakcją Łukasza Wierzbickiego

5 komentarzy to “Do granicy Konga (27-28 stycznia 2011)

  1. paki pisze:

    dzieki za klimat relacji i egzotyczne smaki z Waszej wyprawy, ok foty

  2. kasiamarias pisze:

    świetny tekst 🙂 zakończenie jak z prawdziwego reportażu, M.Szczygieł by się nie powstydził. przejazdy afrykańską dala-dalą są podobnie ekscytujące i też ruszają „planowo” 😉

  3. Pozdrowienia od fanów waszej wyprawy ze Złotowa. Mamy nadzieję że się spotkamy i poopowiadacie trochę. Może kiedyś nas też weźmiecie 😉

    Złotowski Korpus Ekspedycyjny

  4. Edek pisze:

    Z niecerpliwoscia czekamy na dalsze losy wyprawy!!!

  5. admin2 pisze:

    Świetna „rekonstrukcja zdjęć” 🙂

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV