(…) Widziałam mumię. W gruncie rzeczy nie była porywająca, raczej żałosna – odarta z tkanin postać w szklanej gablocie lokalnego muzeum w Germie. Zdecydowanie ciekawsze były ruiny starożytnego miasta Garama, jednego z najbardziej znaczących znalezisk archeologicznych w Libii. Tu niegdyś był punkt startowy dla karawan i większość budynkow stanowiły domy handlarzy. Współcześnie, gdy w Libii karawan już w zasadzie nie ma, role takich punktów startowych spełniają raczej stacje benzynowe na wylotach miast. (…)
Postój. Na okolicznym krzaku akacji znajduję nabitego na cierń sporej wielkości owada. To zapewne spiżarnia pustynnej dzierzby. Czasem spotykamy je wśród zarośli, to są takie ptasie „Zorro”, mają taką czarną przepaskę na oczach.
(…) WYDMY – hurra! Zostawiamy rowery w pobliskiej bazie turystycznej i wyruszamy terenowym autem na wycieczkę w piachy – IDEHAN to po arabsku pustynia piaszczysta. A zatem w drogę, Idehan wzywa! I oto Mohamet rozpędza samochód i wjeżdżamy w wydmy. Jedno podejście i skucha, przełączamy napęd na 4×4 (jestem w szoku, że próbował podjechać bez tego!) i w górę. Piach sypie się spod kół. Słyszę rzęchot przeciążonego silnika, auto prze pod górę.
Wyje coraz głośniej i nagle benzynowy smok marki Toyota Landcruiser zawiesza się na grani. Wrrrrrr…. rzęzi silnik i nic. Chłopcy wypychają samochód, ja robię zdjęcia (ktos musi;) ) i po chwili jedziemy dalej. Jedziemy wydmowa wielopasmowka – szlakiem laczacym oazy z miastem.No wlasnie – oazy – to do nich zmierzamy. I nagle – jeest! Oaza, prawdziwa taka, ksiazkowa, basniowa, jak z Sindbada. Po chwili kolejna, niesamowita i zaskakujaca – posrod palmowego „lasu” blyszczy sie w zachodzacym sloncu jezioro. Przecieram zapiaszczone oczy – tak, to woda. Kontrasty wieczoru podkreslone przez zachodzace slonce dodaja basniowosci tej saharyjskiej chwili. (…) Wieczor posrod wydm. Ze zwierzat zauwazam tylko kruki i takie male szare ptaszki niezwykle gadatliwe. Zero jaszczurek.
Ognisko. Marcin do Hamida i Mohameta: „KISIEL – you understand? You know polish kisiel?
Hamid, you know „glut”? – pyta z uśmiechem pokazując im torebkę wiśniowego proszku. Hamid pyta czy to się wrzuca do wody, Marcin potwierdza i dodaje po angielsku „dla ułatwienia”: – no wiesz, takie morskie, przezroczyste zwierzę… Kasper rysuje coś na piasku -….aaaaa meduza? – Tak, no własnie, kisiel to taka meduza, tylko słodka – wyjaśnia Marcin szczęśliwy, że jego przekaz został zrozumiany. Śmiejemy się wszyscy i po chwili gorący kisiel łąduje w naszych kubkach. Lubię te zakręcone rozmowy. My mówimy już po parę słów po arabsku, nasi towarzysze uczą się ochoczo polskiego, pomagamy sobie angielskim i francuskim i tak toczą się wielogodzinne pogaduszki.
(…) Noc. Wspinamy się po ciemku z Kacprem na pobliską wydme. Wchodzenie na taką formację to jeden krok (a w zasadzie to suw) w górę i 3/4 w dół. Kwadrans zmagania i znaleźliśmy się na górze. Leżymy chwilę na piasku, by odpocząć. Niebo wygwieżdzone od horyzontu po horyzont, raz po raz rozświetla spadający meteoryt. Słyszę tylko szum przesuwającego się po moim polarze piasku – armia ziarenek z determinacją wypełnia rozkaz generała – Wiatru i wnika w strukturę mego odzienia. To rozkaz, by zatrzymać życie, wziąć je w niewolę. Wracamy, jest chłodno. Obóz już śpi, ognisko się już ledwie żarzy. Słychać tylko miarowe westchnienia przesuwających się z mozołem
wydm.