Dwa słowa, krótkie słowa, jakże sławetne słowa, a ileż kryje się za nimi znaczeń? Ktoś tak nazwał tutaj kota, a ktoś córkę, inny mówi tak na raj.
Oznaczają mieścinę, niewielką, obskurną, zapadłą, nawiedzaną zarówno za dnia jak i po zmroku przez stada dzikich pawianów, makaków, guźców i innych mieszkańców z okolicznego buszu. Częstym widokiem przedmieść słoń, jak tutejszy dom ogromny, z głosem jak wuwuzela doniosłym. I choć stworów maści wszelakiej na miejskich ulicach co nie miara, to ludzi ignorują, ani atakując, ani o smakołyki żadne żebrząc.
Oznaczają również trunek tutejszy, tani, mocny piekielnie i podły, jak rzadko który.
Określając zaś najdonioślejszy w tej części świata hotel, stają się one – słowa te – luksusu synonimem. Po holu i korytarzach stąpają w nim z wolna gentelmani prowadząc damy wystrojone na taras hotelowej kawiarni. Taras, z którego widok tak powala, że w ciemno można zaliczyć go do najpiękniejszych na świecie. A widać z niego kanion przeogromny, a nad nim w dali most zawieszony. Czasem z mostu tego jakiś punkt to spada, to znów w górę się unosi, a towarzyszy temu krzyk, a wręcz ryk potężny, którego pokłosie monstrualne zbocza pionowe aż tu, na ten taras pełen dostojeństwa z państw przeróżnych niosą. Jeszcze dalej ponad buszem krajobraz zasłania niebotyczna kurtyna z pary wodnej, unoszącej się na setki czy tysiące może metrów w stronę nieba. Głuchy grzmot dalekiego wodospadu, przerywany raz po raz jedynie wspomnianymi odległymi wrzaskami bungee- skoczków, stanowi niepowtarzalną oprawę akustyczną tego przepysznego wiktoriańskiego tarasu. Oprawę dopełniają drzewa – z pewnością pamiętające Livingstone’a i zabłąkanego polskiego rowerzystę-podróżnika – okraszone ptactwem kolorowym i małpkami wszelakimi. Pijąc tu herbatkę, spija się jednocześnie wszystkie te widoki i odgłosy tak zachłannie, że ani człowiek się spostrzeże, a zachód słońca swym urokiem wszystko to okryje, dopełniając niesamowitości spektaklu, który tu ogląda.
Nazwano nimi Park Narodowy, w którym przybysz idąc ścieżynką z jednej strony ma wodospad, dłuższy niż kilometr, wyższy niż 100 metrów, z drugiej zaś obcego obserwują baczne oczy zwierzyny przeróżnej, w zagajnikach skrytej.
Sercem tego Parku jak i naturalnym sercem kraju jest ubrany przez samego Livingstone’a w słowa owe dwa Wodospad Wiktorii, jeden z siedmiu cudów natury. To dla niego ściągają tu turyści ze świata szerokiego, to do wspomnianego miasteczka podłego, to do hotelu przepysznego, nieraz zachęceni nazwą wymowną kosztując trunek ów odpychający.
Również i nas magia kryjąca się pod tymi słowami zatrzymała tu na dłużej, zatrzymała na dzień jeden jeszcze…, chyba jeden.
Tekst: Jakub Łabędzki
to sie naprawde czyta!!!!oderijcie te wierszokletke od laptopa a wyprawa nabierze afrykańskich kolorów.tak trzymac!!!Gratuluję
Jakubie – masz niezłą wene. Rewelacja się to czyta! 🙂
Piękne refleksje. Teraz wiem o czym milczałeś podczas spaceru w Vic Falls
Wojtek
Rewelacyjny opis.Pozdrowienia dla całej ekipy Afryki Nowaka.
Kuba, widzę, jeszcze dobrze etapu nie zaczął, a już natchniony i uwrażliwiony niczym po miesięcznym pobycie na Czarnym Lądzie. Super wizja. Gratuluję!
Bardzo fajny list! 🙂 Pozdrawiam!