18-19 grudnia 2010, Mupa – Cassinga: W upale i kurzu

sobota, 18 grudnia

Szczęśliwie o godzinie ósmej opuszczamy misję w Mupa i ruszamy drogą prowadzącą wzdłuż rzeki Cuvelai, do miejscowości o tej samej nazwie.

Wczesne wstawanie chyba weszło już nam w krew,a codzienna pobudka o 5.00 jest absolutnie naturalna, natomiast sprawne zbieranie się, pakowanie sakw, ekwipowanie na cały dzień jazdy nie jest jeszcze naszą domeną – wyjazd o 7.15 rano, to dotychczasowy rekord.

Pokonanie dystansu 60 km zajmuje nam prawie 6 godzin. Droga była ciężka: częściowo utwardzona, ale zdarzały się odcinki piaszczyste i błotniste. Samochody już tędy nie przejadą – przeprawy przez strumienie tylko w bród, wyrwy w drodze, ogromne kałuże, ścieżki w buszu jako objazdy: wszystko to powoduje, że tylko jednoślady są w stanie pokonać tę trasę. Kilkukrotnie musieliśmy przebijać się przez ogromne stada krów rogatych pędzonych z lub na pastwiska.

Krajobraz przestał być już tak monotonny, rzadki, niski busz zaczął ustępować gęstszym i wyższym drzewom, coraz więcej pagórków zaczęło sprawiać nam cudowną satysfakcję na kilkusetmetrowych, jeszcze delikatnych, zjazdach. Nieco mniej nas cieszyły podjazdy, tym bardziej, że szutrówka rzeczywiście często zamieniała się w piaszczystą, zakurzoną saunę. W dodatku, nie wiedzieć czemu, ale najbardziej piaszczyste podjazdy upodobały sobie końskie muchy, które dyscyplinowały nasze nogi do silniejszego naciskania na pedały – nie było czasu na wytchnienie. Ostatnia godzina jazdy dała nam nieźle „popalić”, jeszcze raz przekonaliśmy się, że podróż w pełnym słońcu nie jest najlepszym pomysłem. Do miasteczka wjechaliśmy nieźle wymęczeni, humory psuł nam także afrykański „spokój” i bezradność powkdczas podejmowania decyzji miejscowych „dygnitarzy” co do tego, jak i gdzie nas przyjąć. Postanowiliśmy więc skorzystać z ostatnich promieni słońca i na godzinę pojechaliśmy zaczerpnąć nieco kąpieli w Cuvelai, jak Nowak prawie 80 lat temu!

Poza potężnymi baobabami dającymi od czasu do czasu kawałek wytęsknionego cienia i zdradliwymi akacjami szczerzącymi kolce do naszych styranych opon, pojawia się coraz większa różnorodność krzewów, kwiatów, a także słodko pachnące dojrzewającymi owocami mangowce. Mango prosto z drzewa – bezcenne.

Przyzwyczajamy się do prostego życia bez wygodnych wynalazków cywilizacji. Trzeci dzień telefony komórkowe są bez zasięgu; wioski – tzw. aldeas – które mijamy, wyglądają dokładnie jak te z fotografii Kazika. Identyczne dachy kryte słomą, ściany najczęściej pozbawione okien, drewniane konstrukcje wzmocnione i uszczelnione czerwoną glinką. Ludzie żywią się tu głównie potrawą z manioku lub kukurydzy zwaną „pirau” (w Zimbabwe mówi się na tę papkę sadza) i właściwie tylko ich ubrania pochodzące z konsumpcyjnej rzeczywistości wielkiej cywilizacji, świadczą o tym, że gdzieś indziej, daleko, jest „cywilizowany świat”. Świadomość tej odległości jest tym większa, im bardziej sprane i wytarte są loga znanych firm na ubraniach tubylców: nike, coca-cola, dolce&gabbana, addidas czy puma. Absolutnym hitem są t-shirty pochodzące z ostatniej kampanii prezydenckiej w USA, Baracka Obamę spotykamy prawie w każdej wiosce, to samo dotyczy Eminema i kilku innych amerykańskich raperów. Che Guevara mija nas kilka razy dziennie, dumnie pozdrawiając z koszulek, plakatów w sklepach czy nalepek na samochodach i motocyklach. W odniesieniu do bosych stóp, tobołków na głowach i dzieci noszonych w panu na plecach przez kobiety twarze bohaterów masowej kultury to całkowita abstrakcja!

Cuvelai to niewielka miejscowość z przemiłym policjantem, który ostatecznie usadawia nas w nowobudowanym pawilonie – mamy tam do dyspozycji sporą werandę i pomieszczenia bez wstawionych okien, jeszcze w stanie surowym. Jak dla nas to i tak pełen luksus. Śpimy bez namiotów, zawinięci we wkładki do śpiworów z bawełny egipskiej nasączone repelentem (wsparcie od firmy Cocoon!) . Wkładki te traktujemy jako całkowite odkrycie naszego etapu – są po prostu rewelacyjne, choć nie ukrywamy, że traktowaliśmy je początkowo dość niepewnie. Nocami jest w nich komfortowo, śpimy przeważnie bez śpiworów, a gdy nad ranem robi się chłodniej wyciągamy spod głów cieplejsze okrycia i dodatkowo izolujemy się od zimna – repelent, którym są nasączone daje poczucie bezpieczeństwa i komfortu spokojnego snu.

Już po zmroku postanawiamy przejść się po osadzie – w jednym ze sklepów chcieliśmy kupić moskitiery, bo jeden z naszych zastępczych namiotów rozkłada się wyłącznie z tropikiem, a w gorące, bezdeszczowe noce spanie w namiocie z dodatkową warstwą nieprzepuszczającą świeżego powietrza jest mało komfortowe. W sklepie odsyłają nas do miejscowego punktu medycznego. Jerry tak pokierował rozmową z najważniejszym z „profesorów”, że moskitiery nasączone repelentem otrzymujemy bezpłatnie! Miejscowy punkt medyczny, dumnie nazywany kliniką, jest tak odrażający, że ewakuujemy się stamtąd natychmiast po otrzymaniu siatek na moskity – zapach jodyny i innych środków odkażających, pomieszany z potem sanitariuszy i lekarzy oraz stęchlizną mokrych ścian i wszelkich sprzętów jest nie do zniesienia.

Aurę mamy właściwie taką jak Kazik. 22 listopada 1934, będąc w tym samym miejscu, gdzie my, pisał do żony:

„Pogoda sprzyja – gorąco tylko i mało wody – a ta, jaką trzeba używać, to prawdziwa gnojówka. W południe tak okropnie gorąco – że ani chce się żyć…”

Cieszymy się, że nie jedziemy w deszczu, ale właściwie codziennie od godziny jedenastej do czternastej słońce świeci prawie pionowo i pali niemiłosiernie. Termometr wskazuje około 40 stopni Celsjusza w słońcu, trudno potwierdzić, ile w cieniu, bo ten nieczęsto się zdarza. Drzewa, pod którymi staramy się co jakiś czas schronić, są liche i kilka metrów od drogi (mimo iż autochtoni zapewniają nas, że min nie ma, to jednak obawiamy się zejść z głównego szlaku), zaś tam, gdzie pasie się bydło, są gzy i inne kąsające owady. Wciąż mamy problemy z wodą pitną – wyschły studnie, więc wszyscy korzystają z wody z rzek, oczek wodnych itp. My również. Dziwi nas, dlaczego tak mało Angolczyków zbiera deszczówkę. Całe szczęści mamy filtry do wody i tabletki uzdatniające (dziękujemy serdecznie OFF-SKLEPOWI za wsparcie naszego etapu tabletkami i sprzętem) i nasza woda przestaje przypominać Nowakową „gnojówkę”, a i metaliczny, miejski smak po uzdatnieniu, przestał nam przeszkadzać.

.

niedziela, 19 grudnia

Następnego dnia o świcie sprawnie rozpalamy palnik, gotujemy wodę na kawę i  robimy szybkie śniadanie – kolejny słoneczny dzień przed nami, kolejne 65 km, tym razem do miejscowości Cassinga. Tymczasem już po 10 km niespodziewany postój. Dojechaliśmy do malowniczo usytuowanej wioseczki w dolinie rzecznej, przed jedną z chałup spory tłum zbiera się na mszę, no tak… to już niedziela! Najwyraźniej straciliśmy rachubę dni i całkiem przestawiliśmy się na życie czasem afrykańskim.

Przed chałupą kolorowy tłum, kompletnie zaskoczony naszą rowerową karawaną, był tak radosny i serdeczny, że nie mogliśmy przejechać dalej bez krótkiej sesji zdjęciowej oraz „Nowakowej indoktrynacji” – w pewnym momencie podszedł do nas chłopiec, który świetnie mówił po angielsku (urodził się w Namibii podczas wolny domowej i niedawno wrócił z rodzicami do Angoli). Z jego pomocą udało nam się zarazić kazikowym bakcylem kilkadziesiąt duszyczek! Rozdaliśmy też kartki z wizerunkiem Kazika, jesteśmy przekonani, że staną się one niedługo lokalna walutą ;-).

Dzień przynosił kolejne niespodzianki. Wjechaliśmy na tereny (ciągnące się aż po Huambo) wyjątkowo intensywnie poddawane działaniom wojennym (Cassinga była kilkukrotnie bombardowana przez wojska RPA, operujące tu z baz w Namibii). W niewielkiej odległości od szlaku pojawiły się oznaczenia pól minowych – czerwone prostokąty na drzewach i kamieniach oznaczają, że teren jest niebezpieczny, zaś gdy poniżej domalowany jest biały znak to wiadomo, że teren został oczyszczony z niewybuchów i min. Stosując się do zaleceń przyjaciół, którzy pomagali nam w przygotowaniach do etapu, w takich miejscach nie możemy schodzić z drogi pod żadnym pozorem; poczuliśmy okrutne piętno wojny – wypalone szerokie pasy lasu, spalone, porzucone w zagajnikach wraki pojazdów wojskowych, wyludnione i zniszczone wioski, zabudowania podziurawione seriami z broni maszynowej…

Po przejechaniu ponad 40km – pełnych stromych podjazdów i wertepów, których nasze rumaki wyjątkowo nie lubią – dotarliśmy do rzeki Calonga. Przeprawa bez mostu – na chwilę zwątpiliśmy, czy aby nie zgubiliśmy drogi, a dziewczyny nawet, święcie przekonane, że MOST GDZIEŚ MUSI BYĆ, zrobiły kilkukilometrową pętelkę. Bez powodzenia – mostu nie było. W tym czasie chłopcy zaczęli już przeprawę przez rzekę, która okazała się dość płytka i po zdjęciu sakw można było bez problemu przenieść rowery i cały ekwipunek. Dzień był parny, słoneczny, przeciągaliśmy więc jak najdłużej „przeprawę”, bo chłodna woda rzeki była świetną odmianą od kurzu i potu, jakie nam towarzyszyły przez ostatnie kilka godzin. Chłopcy pomogli jeszcze paru motocyklistom, którzy co rusz nadjeżdżali z obu stron rzeki, i po dobrej godzinie ruszyliśmy dalej.

Około 16.00 udało nam się dotrzeć do miasteczka Cassinga-Chamotete, gdzie podobnie jak Kazik zatrzymaliśmy się w gościnnej „rezydencji” administratora miejscowości, a właściwie – jak już wcześniej bywało – na werandzie, ponieważ sama rezydencja to kompletna ruina. Wody brak, prądu brak, ale za to był zasięg GSM! Około 18.00 w różnych punktach miasteczka zaczęły szumieć generatory – miedzy innymi u sąsiadów z naprzeciwka, którzy z typową angolską serdecznością odłączyli swoje sprzęty z jedynego rozgałęziacza w domu, byśmy to my zrobili sobie u nich centrum ładowania, podłączając 5 telefonów, 4 aparaty fotograficzne, kamerę, komputer, GPSa, i drukareczkę – taki nasz symboliczny kontakt z cywilizacją ;-).

Następnego dnia planowaliśmy dotrzeć już do Kuvango – kolejnej miejscowości na trasie Kazimierza Nowaka. Prawie 120 km. Do zrobienia, ale musielibyśmy wyjechać sporo przed 7 rano…

12 komentarzy to “18-19 grudnia 2010, Mupa – Cassinga: W upale i kurzu

  1. Daria pisze:

    Mirek, może i wstajesz o 5 rano, ale pedałować do pracy nie musisz 😛

  2. Magda pisze:

    Cieszymy sie, ze wkładki do spiworow Cocoon nasaczone repelentem spelnily Wasze oczekiwania i zapewnily spokojny sen 🙂
    Wracajcie szczesliwie do PL !!!

  3. beret pisze:

    Jezusie kochany,ludzie,zastanawiam się czy my nie mamy ciężej jeżdżąc po polskich drogach he,he!!!!
    Trzymamy kciuki za powodzenie,zdrowie,dętki i za Was!Górny Śląsk z Afryką Nowaka.
    Szymek,pamiętaj o halucynogennych ziółkach dla nowożeńców!
    Czekamy i jesteśmy z Wami!

  4. Maciek pisze:

    Brawa! Zazdroszcze wam troche przygody i podrozy rowerowej: ) Pozdrowienia i powodzenia!

  5. tarnawska pisze:

    trzymam kciuki, w szczegolnosci za dzielnego Ewcika! pieknie jest byc poza cywilizacja, ka chce do kurzu i sie upodlic!!!

  6. staryherbatnik pisze:

    Fajnie się czyta Waszą relację-a tu za
    oknem śnieg i zawierucha.
    Ale Laski w Kąpieli uuuuuuu.

  7. Konrad Road Runnerus Brennaborus pisze:

    Niezłe tam bajorka kąpielowe macie – lepsze niż termy bukowińskie skąd mocno ściskam – 3mam za kciuki – jesteście dzielni!!!

  8. Mirek Luanda pisze:

    No ładnie ładnie:) brawka!!! i wytrwałosci.

    P.S a ja jak wiecie muszę codziennie wstawa o 5 rano !!! więc witam w ” doborowym ” towarzystwie. pzdr

  9. Dorota pisze:

    brawo, brawo, trzymam kciuki

  10. ciolo pisze:

    dobrze że przed Wami indonezyjczycy i monakijczycy w „podchody” sie bawili 😉
    ogólnie niezłe KAZIK TROPHY. pzdr

  11. zsas pisze:

    Kocham Afrykę między innymi za to, że drogi wyglądające na mapie jakby były pierwszej kolejności odśnieżania, w rzeczywistości bywają trudną do odnalezienia ścieszką w buszu.
    A ten kameleon, to chyba chińska podróbka. Prawdziwy zabarwiłby się na rudo, jak broda Norberta.

  12. Dominik pisze:

    Świetne zdjęcia, interesująca okolica i jeden z ulubionych stworów na 3 zdjęciu 😀

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV