Dziewczyny też grają, czyli czwarta relacja z Angoli II (9-10.01.2011)

9 stycznia 2011, PEDRA ESCRITA – KAMUNGO (34 km rowerem)
10 stycznia 2011, KAMUNGO – ALTO HAMA (7 km rowerem, 184 km autobusem)

To się nazywa „totalna rowerowa wyrypa”. Przepraszam co bardziej delikatnych czytelników za język, ale tak to właśnie trzeba nazwać. Na 34 kilometrach pokonaliśmy przewyższenie 541 metrów, czyli ponad PÓŁ KILOMETRA pod górę. Pamiętam taki czterokilometrowy podjazd, który zrzucał mnie z roweru dwa razy, a uwierzcie lub nie, ale nie zwykłem dobrowolnie schodzić z roweru na podjazdach. Pot zalewał nam oczy. Czuliśmy się jak dinozaury na moment przed wyginięciem. Metabolizm dosłownie pożerał każdy wolny kawałek tłuszczu i mięśnia w naszych organizmach. Widziałem obłęd w oczach chłopaków, bo we własnych widzieć nie mogłem. Sakwy wydawały się być jak z ołowiu.

Jakoś przez to przebrnęliśmy i dojechaliśmy do Kamungo. W wiosce zgodnie z radami Pani Ani Kudarewskiej, naszego anioła stróża i mentora w sprawach angolskich, pytamy o Sobę (czyli sołtysa) i opowiadamy mu naszą historię. Po chwili nie ma już wątpliwości – mamy dach nad głową. Zaproszono nas na nocleg do lokalnego kościółka. Kolację skonsumowaliśmy na niebieskiej brezentowej macie w cieniu ołtarza. Kościółek był największym budynkiem w wiosce, więc ugoszczono nas godnie. Na tyle dużym, że każdą naszą czynność obserwowało przez wszystkie okna kilkadziesiąt osób. Na tyle małym, że dwa rozbite namioty weszły na styk.

Nasze niespodziane pojawienie się w wiosce powoduje oczywiście spore zamieszanie, którego apogeum stanowi wizyta w pełni umundurowanego Soby Grande, czyli Sołtysa Wielkiego. Mundur ma piaskowy, guziki złote, w prawej dłoni coś na kształt góralskiej ciupagi (pewnie chodziło o insygnia władzy), a pod sercem przytwierdzony plastikowy identyfikator z informacją zapisaną dużymi wytłuszczonymi literami: SOBA GRANDE. Wygląda jak generał i tak też się zachowuje. Wszystkim tłumaczy, kim jesteśmy (przyjechał przed chwilą), poprawia wypowiadane przez Mirka zwroty po portugalsku (choć nie ma racji) i generalnie dominuje i przejmuje kontrolę nad spotkaniem. Mówi, że przyjechał tu specjalnie, bo doniesiono mu o niesamowitych gościach. Mówi też, że zarządza 28 wioskami.

Jesteśmy pod wielkim wrażeniem! Mirek biegnie po „Książeczkę Pałeczkę”. Prosi Sołtysa Wielkiego o dokonanie wpisu. I tu – konsternacja. Najpierw Soba (Grande!) jakby nie ma czasu, a potem mówi, żeby posłać po sekretarza, bo on jest od wpisów. Soba nie umie pisać. Pisać nie umie też, jak szacują sami Angolczycy, choć nigdy nikt takich badań nie robił, około 75% społeczeństwa tego kraju. Szokujące? Pewnie tak, ale czy bardziej niż 26 lat wojny domowej i bardziej niż ciągłe problemy z żywnością w kraju, w którym są trzy okresy wegetatywne?

Wydarzenia poprzedniego dnia powodują, że do Alto Hama decydujemy się dojechać autobusem. Kręcimy kilka podjazdów i zjazdów, i zatrzymujemy przy świeżutko wybudowanej stacji benzynowej. Stacja jest nowa, ale nieczynna. To, nie wiedzieć czemu, na naszej trasie dość powszechny obrazek. W każdym razie autobus się tu zatrzymuje. Szkoda tylko, że cena podana przez kierowcę za kurs jest trzykrotnie wyższa, niż ta, którą płaciliśmy dwa dni temu. Oczywiście dajemy radę. Nie na darmo „Novo Jornal” pisał o nas w ostatnim artykule „aventureiros da Polonia”. Dostajemy 60% rabatu, a pozbywamy się jednej z naszych 10-ciu ładowarek słonecznych. To nasza tajna broń. Kupiona w Polsce za bagatela 35 zł za sztukę. Czasem, zapewniam, odpowiednio wydane 35 zł czyni cuda! W Angoli czyni!

W samym Alto Hama śpimy na parafii pod wezwaniem Naszej Pani z Fatimy. Przygotowujemy się do jutrzejszych obchodów 114. rocznicy urodzin „tytana stalowego hartu i potentata niezłomnej woli”.

A tymczasem przed nastaniem mroku na pobliskim boisku-klepisku odbywa się gra kontrolna bardzo poważnej drużyny żeńskiej lokalnego klubu piłkarskiego. Dziewczyny mają profesjonalny sprzęt, choć nie wszystkie mają buty. Grają tak, że aż chrupią kości. Żadna nogi nie odstawia. Trener, ten z gwizdkiem, surowym okiem obserwuje poczynania podopiecznych. Futbol to w Angoli potęga. Widać go na każdym kroku. Na rudym piachu, w miejskich slumsach, na jaskrawozielonych trawiastych łąkach, przy szkołach i w centrum wioski. Nie trzeba programu Orlik. Po prostu się gra. Dużo się gra i marzy o karierze w Benice Lizbona, FC Porto czy FC Barcelonie. Czasem tylko w ferworze walki, z zacięcia, przy strzale jakaś młoda pierś wyskoczy spod nie do końca futbolowego topu.

[Tekst: Piotr Sudoł]

PEDRA ESCRITA
S 10*09’792”
E 14*45’072”
Elev. 838 m n.p.m.
.
KAMUNGO
S 10*23’893”
E 14*51’223”
Elev.1379 m n.p.m.
.
ALTO HAMA
S 12*13’606”
E 15*32’857”
Elev.1522 m n.p.m.

4 komentarze to “Dziewczyny też grają, czyli czwarta relacja z Angoli II (9-10.01.2011)

  1. Julia pisze:

    A kogóż tam na oltarzyku w ofierze składacie?? 🙂

  2. ciolo pisze:

    jeden SOBA GRANDE ile to oszczędności, pisze już do magistratu w tej sprawie. 🙂
    i ten przepych marmuru i granitu w kościele rewelka, a wtej sprawie do Torunia napisze 😉
    pzdr

  3. norberts pisze:

    kurde, dwa namioty w Kamungondzkim kościółku wyglądają dostojniej niż niejeden nagrobek w katakumbach Wawelu!

  4. Zbyszek S. pisze:

    Takie podjazdy + przyczepka z pełnymi sakwami = rozgrzane żelazo w mięśniach nóg. Kolarze kochają to uczucie.

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV