Gdzieś między Gobabis a Steinhousen

18 listopada 2010, gdzieś między Gobabis a Steinhousen

Mógłbym rzecz jasna podać współrzędne GPS, no ale to takie nieromantyczne by było 😉

Jest godzina 20ta, księżyc w pełni raz po raz wygląda zza chmur, śpiew cykad raz po raz przerywa trele jakiegoś nocnego ptaka, świat zwierząt budzi się do życia, w oddali widać dwie burze:  jedna malowniczo pobłyskuje na zachód od nas, druga gdzieś nieco na południu..

Rozbiliśmy się pośrodku namibijskiej nicości. Jakieś 10 kilometrów temu minęliśmy ostatnią farmę i zaczęła się po prostu droga, którą jedzie się i jedzie i jedzie, aż robi się wieczór i wypada pomyśleć o noclegu. Piszę „wypada” celowo, bo księżyc świeci tak mocno, że w zasadzie można by jechać błotnistą drogą bez oświetlenia rowerowego. Dzisiaj na szczęście w decyzji, by rozbić namioty przed zmrokiem, pomogła nam pogoda. Około 18tej zaatakowała nas ostra ulewa.

Generalnie deszcze to tutaj nie przelewki, na szczęście anonsują się z należytym wyprzedzeniem. Jedzie się w słońcu i patrzy na ciemną chmurę, która nadciąga z boku, pochłaniając coraz to większy kawałek nieba. W pewnym momencie jasne się staje, że nie ma szans, by ta burza nas minęła. Wzmagający się wiatr i pierwsze krople deszczu to ostatni dzwonek, by szybko rozbić tropik od namiotu. Za 3 minuty będzie lało tak, że po kolejnej minucie rozbijanie namiotu straci sens. I tak parę razy tego dnia rozbijaliśmy tropik jednego Fjorda Nansena tak, aby przeczekać najgorszą ulewę. Deszcze na szczęście nie trwają długo, zwykle po parunastu minutach można zwinąć tropik i ruszać w dalszą drogę. Ponoć aktualna pogoda jest dość nietypowa jak na Namibię. Powinna być jedna konkretna ulewa koło 16tej i słońce przez resztę dnia, tymczasem dziś zlew było raptem cztery. Rzecz jasna spowalnia to przemieszczanie się na rowerze, na szczęście jest ciepło i można podchodzić do tego całego tematu z luzem.

Tak więc rozbiliśmy się w namibijskiej przestrzeni. Namibia jest drugim najrzadziej zaludnionym krajem na świecie. Tak twierdzi wikipedia. Wyprzedza Namibię tylko Mongolia. I to czuć. Jedziemy sobie drogą, po lewej i po prawej jakieś 20 metrów od drogi niski płot, co 2 kilometry wjazd na jakąś farmę, brama. Czasem farma jest 200-300 metrów od drogi, czasami jest na tyle daleko, że jej nie widać. Dzisiaj dla przykładu zatrzymał się przy nas starszy pan w pickupie, pytał, czy nie potrzebujemy noclegu. Sugerował nocleg w pobliskiej farmie swojej znajomej. Do siebie nie zapraszał, bo jego farma była 10km od drogi. Ponoć przeciętny rozmiar farmy w Namibii to 40.000 ha. Nie są to rzecz jasna uprawy buraków cukrowych ani pszenicy lecz pastwiska dla bydła, stąd też płoty w Namibii nie są wyrazem tak powszechnej w Polsce manii grodzenia wszystkiego co swoje, ale są potrzebne, by bydło nie wyłaziło na drogę lub na farmę sąsiada.  Swoją drogą, nie bardzo sobie wyobrażam, jak rzeczony farmer szuka swoich krów na 40.000 ha. Ot, taki ogródek. W Polsce się mówi o szukaniu igły w stogu siana, tutaj wystarczy szukać krowy na farmie 😉 ..

Na nocleg rozbiliśmy się 20 metrów od drogi przy płocie farmy. Poniekąd zmusiła nas do tego kolejna, czwarta tego dnia ulewa. Robiła się 18ta, a więc warto było założyć obóz przed zmrokiem. Gotowanie nieustannie przerywała kolejna ulewa (w trakcie kolacji zaliczyliśmy ich ze trzy, w tym dwie burze). Straszliwie komplikowało to logistykę kuchenną, na szczęście makaron z pesto udał się jak należy, popchnięty paroma gorącymi kubkami dobrze zaspokoił głód.

O! Właśnie przeleciał obok mnie chrząszcz. Po dźwiękach sądząc, musiał mieć ze 200 gram masy 🙂 Jadąc rowerem, często widzi się takowe żuki długie na jakieś 5 cm. Symfonii afrykańskich dźwięków dopełnia rechot żab. Jesteśmy w pobliżu suchego koryta rzeki White Nossob. Kuba podpowiada, że wynika to z białych kamieni wapiennych zalegających na jej dnie. Rzeka rzecz jasna jest sucha, no chyba, że któraś z kolejnych burz ją na chwil parę napełni. Zdarza się to nierzadko. Woda przybiera bardzo szybko, dlatego pod żadnym pozorem nie wolno rozbijać się na dnie suchej rzeki, choćby nie wiem jak płaskość jej dna zapraszała do rozbicia namiotu.

Tyle chyba pisania relacji na dziś. Zużyłem już na nią 15% baterii naszego netbooka, którego prawdopodobnie nie będzie okazji podładować przez najbliższe parę dni. Zresztą tej relacji też nie uda nam się wysłać dzisiaj, ponieważ nie ma tutaj zasięgu telefonu komórkowego, więc mobilny internet nie działa. I dobrze, dzięki temu jesteśmy tu i teraz zupełnie jak Kazik. Możemy sobie jedynie za bliskimi nam osobami potęsknić w samotności..

Dobranoc!

[Filip, Magda i Maja]

5 komentarzy to “Gdzieś między Gobabis a Steinhousen

  1. wuwa pisze:

    nie no, powalil mnie chrzaszczyk i symfonia rechotu zab – czysta poezja:) przecierajcie szlak dla koników 😀 , trzymam kciuki i pograzam sie w oczekiwaniu na kolejne relacje:)

  2. Ela pisze:

    Czytamy pilnie Wasze opowiesci. Pedalujemy i mokniemy z Wami. Uwazajcie na glodne lwy !

  3. dominik pisze:

    A to ci chrząszcz! 😉 Pozdrawiam z zamglonego Poznania!

  4. daga pisze:

    opiekujcie się naszą kaczuszką:):):)

  5. Ewa pisze:

    Tylko nie przywieźcie tych burz ze sobą do Angoli! :))

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV