Jadłem u angolskiego biskupa – korespondencja specjalna Mirka Wlekłego

– Synku! Mężu! Tato! A co wy tam w ogóle jecie? – dostajemy pełne troski pytania z Polski. Radzimy sobie.

Kiedy służąca biskupa Kuito podczas kolacji w jego rezydencji wniosła soczystą wołowinę i złocistego kurczaka, Piotrowi wyszły ze źrenic oczy, Rafał nazbyt głośno zamlaskał, a Krzysiek westchnął tak głęboko, że aż siedzący przy nim młody ksiądz ze biskupiej świty znacząco spojrzał na kompanów.

Popijaliśmy doskonałym czerwonym winem – portugalskim quinta de esporao reserva 2008.

Zachęcał nawet biskup. Bo zdrowo. Sam popijał piwo.

Kilka godzin wcześniej w przydrożnym blaszanym baraku przeżyliśmy największy jak dotąd w Angoli kulinarny wstrząs. W ni to garażu, ni to składzie używanych opon  – na pewno nie przypominającym miejsca kulinarnych rozkoszy – urządzono całkiem miłą restaurację.

Wołowina była krucha, ryż ugotowany w sam raz, czerwone wino w należycie dużych kieliszkach, a kawa – jak się należy – w porcelanowych filiżaneczkach.

– A co wy tam w ogóle jecie? – pytają w esemesach matki, żony i kochanki.

Powyższa to, niestety, nie jedyna odpowiedź na to pytanie. Dziecięce kaszki, jakieś płatki – to wieziemy z Polski. Do tego kupiona w miejscowym markecie okropna kawa z cykorią (miejscowi uprawiają kawę, ale jej nie piją i nie sprzedają), zazwyczaj czerstwe bułki – jeśli w ogóle mamy szczęście je kupić, niedogotowane z powodu małej ilości butli gazowych makarony z sosami w proszku i konserwy.

W miejscowych sklepach króluje tuńczyk i sardynka. Zazwyczaj jest też „akurat” ostatnia puszka z jakąś podejrzaną wędliną. Zawsze tę ostatnią kupujemy, bo czterech chłopa, do tego na rowerach, bez mięsa ani rusz.

Na przydrożnych targach wygłodniali rzucamy się na smażone w podłych warunkach kurczaki i, dla bezpieczeństwa żołądków, zalewamy piri-piri, sosem z najostrzejszych tu papryczek.

Poza tym – w sklepach nie ma nic albo prawie nic. Półki świecą pustką. I wcale nie z powodu – jak dawniej w Polsce – niedostępności towarów, ale braku na nie klientów.

Angolczycy, nie licząc aż nazbyt zamożnej tu elity, głodują. Głodują, choć deszcze padające od września do maja, sprawiają, że niemal przez cały rok ziemia rodzi jak opętana. Wszystko rośnie jak na drożdżach. Wszędzie bogactwo roślin. Prawdziwa zielona orgia.

Ale głodują, bo nie chce się im wyjść w pole. Bo nie mają wiedzy o agrokulturze. Bo brakuje sprzętu.

– W czasie wojny UNICEF nauczył Angolczyków, że jedzenie jest za darmo. Rozdawał na lewo i prawo, bez opamiętania. Wojna się skończyła, a ludzie nadal chcieliby dostawać – uważa Nascimento Dinis, nauczyciel i filozof z Huambo.

I kółko się zamyka. Miejscowym brakuje pieniędzy, obcokrajowców, poza stolicą nie uświadczysz, więc i sklepy puste.

Ratują nas sponsorzy. Vitargo dostarcza przepysznych batoników, które osładzają nam popołudnia bądź ratują z opresji w chwilach największego wyczerpania.

Gdzieniegdzie można kupić papaje, mango albo banany. Szczególnie te najmniejsze, nazywane srebrnymi (prata) przypadły nam do gustu. Zajadamy się abacaxi, słodszą odmiana ananasa.

Masło? Ser? Dżem? Mleko? Marzenie ściętej głowy. Dlatego jeszcze czuję smak potraw i wspaniałą cierpkość tego portugalskiego wina, podawanego przez śliczną służącą u angolskiego biskupa.

[Mirosław Wlekły]

3 komentarze to “Jadłem u angolskiego biskupa – korespondencja specjalna Mirka Wlekłego

  1. […] sam red. Miroslaw Wlekły, zapalony “nowakoman” brał udział w sztafecie Afryka Nowaka  w Angoli, i  latem tego roku na trasie Boruszyn – […]

  2. Łukasz Wierzbicki pisze:

    czerwone wino, tak Nowak też w relacjach z Angoli wspominał czerwone portugalskie wino… o ile pamietam, zgłaszali sie nawet tacy, którzy w ramach uczestnictwa w sztafecie „śladem Nowaka” deklarowali, że chętnie zdegustują butelkę czerwonego wina – tego samego rocznika, który sączył Nowak w Nowej Lizbonie 🙂 Pozdrawiam!!! Łukasz PS. bardzo fajna relacja, Mirek! 🙂

  3. Aga-ngola pisze:

    Az zatesknilam do tego makaronu z „pedigripalem”…:-)

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV