Niespieszna podróż przez pajęczynę, czyli zaległości z Namibii (9 grudnia)

9 grudnia 2010

Za nami: Okosongomingo, Otjiwarongo, Otjikoto, Otavi, Otjivelo, Ondangwa, Oshakati, Onyaanya, Okatana… Oshikango – wciąż przed nami. Nic dziwnego, że Filipowi myli się Magda z Mają :).

Dziś 9 grudnia. Minęliśmy już większość miast na „O”, z każdym związane są miłe wspomnienia. Coraz bardziej odczuwamy zbliżający się koniec naszej przygody z Nowakiem i coraz częściej przywołujemy w pamięci te „O”-chwile. Smutek, że koniec, ale radość, że jesteśmy tu i teraz, że doświadczyliśmy tyle i wciąż nie mamy dosyć, wciąż nam się chce brnąć dalej, odkrywać tajemnice Afryki i Kazimierza Nowaka.

Czym zaskoczy nas Afryka dziś? Czy będzie dla nas łaskawa, czy też znów każe nam zakosztować uczucia pragnienia, palącego skórę słońca lub szalejącej burzy z piorunami?

Rano budzi nas koncert koguci: Pobuudkakukuryyku!!! Naszemu gospodarskiemu kogutowi wtórują te z sąsiadujących zagród: Wstawać śpiochukukuuuryyku!!! Gotowi jesteśmy posłuchać głosu natury, ale dla pewności patrzymy na zegarek: jest 3:30… Hm… Jednak nie…

Pierwszym przystankiem w dzisiejszej podróży jest szkoła należąca do kompleksu misyjnego Okatana. Wiemy z listów, że Nowak zatrzymał się w misji i został tu serdecznie przywitany i ugoszczony. Ponieważ nam poskąpiono gościny, postanawiamy zawiesić tabliczkę upamiętniającą jego podróż na szkolnym dziedzińcu.

Nieśpiesznie ruszamy w drogę. Nieśpiesznie, bo nie śpieszy nam się oddawać rowerów :). Ale również dlatego, że dziś w planie mamy nie dojechać do granicy z Angolą, co może okazać się trudne, bo do granicy raptem 48 km i aż dwa dni na ich pokonanie. Szybko kończy się asfalt i droga w kierunku Endoli zamienia się w bardzo grząską, piaszczystą drogę szutrową. Jedziemy 10 km/h, czyli bardzo wolno. Nikt nie podziwia widoków, zajęty patrzeniem pod koła w poszukiwaniu skrawka twardego, przejezdnego gruntu. Męcząca taka droga! Gdzie podziały się bary przydrożne z zimną, orzeźwiającą colą? Tylko słońce, piach i białe kamyczki, w których grzęzną koła. Nagle na horyzoncie majaczy miasteczko. Nie, to nie fatamorgana!!! Ufff, to autentyczna, na pozór opuszczona mieścina pośrodku nicości. Kilka zrujnowanych chat i oczywiście bar upragniony, czyli zimne napoje i na pocieszenie trochę rozrywki: bilard :).

Nowak, tak jak i my, miał w planie zobaczyć skrawek Owambolandu. Jednak on, w przeciwieństwie do nas, zmuszony był opuścić Namibię w pośpiechu, gdyż jego pozwolenie na pobyt wygasło. W liście do żony pisze:

Ale deszcze – potem granica – a do tego konieczność opuszczenia śpiesznie S.W. psuje mi humor – denerwuje – odbiera spokój myśli”.

Nam humory dopisują i mimo trudnych warunków, pedałujemy ochoczo dalej, w oczekiwaniu na kolejne wyzwania. I wtedy staje się rzecz przedziwna – taka, której nikt z nas się nie spodziewał. Droga jak droga – prosta i coraz bardziej piaszczysta – wiedzie nas najpierw trochę w lewo, trochę w prawo, staje się trochę bardziej krzywa i coraz bardziej się rozgałęzia. Rozgałęzia, rozdrabnia… Za chwilę każdy już podąża własną drogą. Pajęczyna dróżek, traktów, śladów kół, rowerów, stóp, droga piaszczysta, ubita, grząska, wśród traw, krzaków, palemek, palm, kolorowych drzew, istny labirynt splątanych ścieżek po horyzont. Do tego piękne słońce, rzucające długie cienie, serdeczni i ciekawi naszych przygód tubylcy. Tak wita nas OWAMBOLAND! Tak nas zaskakuje.

– Gdzie jest droga?! –krzyczę do Filipa oddalonego ode mnie o jakieś 20 metrów.

– Nie wiem! – odkrzykuje, śmiejąc się. – Po prostu jedź przed siebie!

Wszyscy się śmieją. Wokół panuje cisza, która sprzyja kontemplacji. Każdy obiera własną drogę tak, jakby był samodzielnym odkrywcą krainy Owambo. Każdy z nas wczuwa się trochę w rolę podróżnika, którego śladem podąża. Po raz pierwszy mamy okazję wjechać w głąb lądu, nie ogranicza nas ani droga ani płot ogradzający busz lub czyjąś farmę. Tutaj wszystko jest wspólne, jest własnością plemienia. Po raz pierwszy możemy zakosztować podróżniczej wolności. Bo czyż nie tak właśnie podróżował Nowak? Czyż nie był prawdziwym „offroadowcem”?

Na nic zdaje się poszukiwanie odludnego miejsca na nocleg, więc decydujemy się rozbić namioty przy jednej z bocznych dróg, zapytawszy wcześniej o pozwolenie mieszkańca sąsiedniej wioski-zagrody. Zastanawiamy się, jak to będzie na granicy, czy uda nam się osobiście przekazać rowery ekipie Angola 1, gdy otrzymujemy niepokojącą wiadomość od Norberta:

Jest awaria, zgubili nam bagaż, czy możecie poczekać 2-3 dni…?

Hm… Chwila konsternacji. Cisza. Mózgownice zaczynają pracować coraz szybciej. Jakiś pomysł? Ktoś ma? No pewnie – szybka decyzja w porozumieniu (telefonicznym) z Norbertem: odstawiamy rowery w kościele w Engeli przy granicy i wracamy do Windhoek, gdzie mamy zarezerwowany samochód; samochodem wracamy na północ i 14-tego (we wtorek) przekazujemy rowery. Tymczasem ekipa angolska czeka na bagaż w Luandzie. Logistyka w Afryce nie jest łatwa!

– Ale… Chwila, chwila. Jeśli nie oddajemy rowerów teraz,to nie oddajemy też książki pałeczki. A to znaczy… że nasz etap wciąż trwa!!! – dedukuje Kuba.

Ależ oczywiście! Co prawda nie na rowerach, ale przecież Nowak też odwiedził Windhoek samochodem (z Gumuchab, z Panem Wiśniewskim). Zatem sprawdźmy, co Kazik robił w stolicy? Nie ma tego złego, itd.

Budzą nas tym razem ludzkie głosy i o ludzkiej porze. Wychylamy zaspane i pogniecione snem twarze z namiotów i widzimy ciekawskie spojrzenia i roześmiane twarze dzieci :). Wesoła gromadka towarzyszy nam przez cały proces przebudzania i pakowania. Znów mamy trochę więcej czasu, niż pierwotnie planowaliśmy. Zdarzenia i decyzje dnia wczorajszego pokrzyżowały nam plany z jednej strony, ale z drugiej – dały więcej swobody. Sadzamy więc nasz dobytek i nas samych na rowery w ten ostatni rowerowy dzień i… szybko z nich schodzimy. Offroad bowiem staje się tak bardzo offroadowy, że aż nieprzejezdny. Saharyjski wręcz piach na „drodze” nie pozwala pedałować. Trzeba pchać! Zlani potem docieramy do Engeli, do kościoła luterańskiego, w którym akurat trwa ślub. Co ciekawe, jest to ślub mieszany (biało-czarny) w tradycyjnej otoczce Owambo: śpiewy, śmieszne pokrzykiwania kobiet, kolorowe stroje. Miejscowy pastor, o rozbrajającym poczuciu humoru, udostępnia nam pomieszczenie, w którym możemy zostawić rowery i sakwy, pokazuje, gdzie jest Office (toaleta :)), załatwia transport do Ondangwa. Z Ondangwa ruszamy zatłoczonym, pełnym dzieci (gdzie są rodzice??), dusznym busem do Windhoek. W osiem godzin przebywamy większość drogi, jaką pokonywaliśmy rowerem przez 3 tygodnie. I tak z Ondangwa przez Onyaanya, Otjivelo, Tsumeb, Otavi,  Otjiwarongo, Okahandja do WINDHOEK! Znów wita nas Haiko. Czuję się, jakbym wracała do domu. Etap trwa. Jesteśmy w punkcie wyjścia. Wszystko zaczyna się od początku :).

[Maja Piotrowska]

Comments are closed.

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV