Opowieść nie do końca nadająca się do zrelacjonowania, czyli saper myli się tylko raz (23-26 stycznia 2011)

Śpimy w domu u nauczyciela z belferską manierą w składaniu zdań. Oprócz maniery ma jeszcze ostro w czu…? Bie! Raczy nas na przykład opowieściami „O kobiecie i dwójce dzieci” i „O mał …? Pie!”. Znacie opowieść „O kobiecie i dwójce dzieci” i „Opowieść o małpie”? Nie? To posłuchajcie. Opowieść o kobiecie i dwójce dzieci jest taka, że to mężczyzna zawsze jest szefem. A opowieść o małpie jest taka, że małpa przenosi zaraz …? Ki!

23 stycznia 2011, MUNHANGO – KAWIMBI (63 km rowerem)
24 stycznia 2011, KAWIMBI – CHICALA (32 km rowerem, 65 jeepem z napędem 4×4)
25 stycznia 2011, CHICALA – LUENA (35 km rowerem)
26 stycznia 2011, LUENA

Sił nawet już brak na kolejne opisywanie trudów tej podróży. Całodzienny interwał (w górę i w dół) po piachu dokonał spustoszenia w organizmach polskich cyklistów. Kooooopny piaaaaaaaaaaach! Po przejechaniu 10 kilometrów stwierdzamy, że jest tak ciężko, że rozpaczliwie zaczynamy szukać rozwiązań awaryjnych. Gdybyśmy tylko mieli więcej czasu i nie byli ograniczeni 30-dniową wizą i zabukowanymi biletami powrotnymi. Tu akurat Kazik miał lepiej. Na pewno nie czuł presji czasu. Tymczasem bez dziennych przelotów minimum po 50 kilometrów nie jesteśmy w stanie zdążyć na czas. Zatrzymujemy jedyny samochód, który nas tego dnia mijał, i prosimy o podwiezienie części bagaży (6 sakw) do najbliższej większej wioski, leżącej za 40 kilometrów Cangongi. Prosimy, żeby kierowca zostawił je u administratora. Kiedy 3 godziny później dojeżdżamy do Cangongi i Soba (sołtys) wioski zapewnia nas z uśmiechem na ustach, że wie wszystko, co się dzieje w jego wiosce, i że mu przykro, ale naszych sakw na pewno tu nie ma, następuje konsternacja. Zrezygnowani sądzimy, że kierowca pomylił nazwy i zostawił sakwy w miejscowości o podobnie brzmiącej nazwie, Cangumbe, czyli dzień drogi rowerem dalej.

Obiad konsumujemy u tego samego restauratora co wczoraj. Tego od trzech telewizorów. Tym razem telewizora nie ma wcale, ale jest druga żona i druga knajpa w wiosce oddalonej ok. 50 kilometrów od pierwszej żony. Między wioskami jeździ się motorem, będącym tu na prowincji dużym luksusem. Żony nie jeżdżą, restaurator jeździ, bo to cwany gość. Właśnie przegląda książeczkę-pałeczkę i mimochodem rzuca, patrząc na zdjęcie Kazika z pakunkami, że dobrze, że mu się przypomniało, bo nasze sakwy są na posterunku policji. Budynek policji znajduje się 25 metrów od domu Soby. Oj, ta Angola, Angola…

Ostatnie 20 km to znowu okrutna przeprawa wąską piaszczystą ścieżką przez dżunglę (tubylcy nazywają ją mata). Droga jest piękna i trudna technicznie – rozkosz dla rowerzysty. Roślinność wokół tropikalna, bogactwo różnokolorowych motyli, ale jedzie się ciężko, diabelnie ciężko. Do wioski wpadamy po zmroku. W Kiwimbi była impreza. Soba nas nie przyjmie, bo leży i nie może wstać. Śpimy w domu u nauczyciela z belferską manierą w składaniu zdań. Większość zdań budował w ten sposób, że nie dopowiadał ostatniej sylaby ostatniego słowa, robiąc pauzę i czekając aż jego rozmówca skończy – to znaczy skoń… ? Czy!

Nauczyciel w ogóle był przemiłą i zabawną postacią i oprócz maniery miał jeszcze ostro w czu …? Bie! Raczył nas na przykład opowieściami „O kobiecie i dwójce dzieci” i „O mał …? Pie!”. Znacie opowieść „O kobiecie i dwójce dzieci” i „Opowieść o małpie”? Nie? To posłuchajcie. Opowieść o kobiecie i dwójce dzieci jest taka, że to mężczyzna zawsze jest szefem. A opowieść o małpie jest taka, że małpa przenosi zaraz …? Ki! Opowiadał też o przyjaźni polsko-angolskiej i o tym jak, my Polacy, pomagaliśmy im przez trudnych 30 lat wojny. Czasem ciężko to wszystko ogarnąć rozu …? Mem!

Z rana jeszcze bardziej zaprzyjaźniamy się z wioską i nauczycielem. Uczy nas polować na małpy z łuku, a wioska siłą większości kobiet i dziatwy śpiewa pieśń na powitanie gościa. Pojawia się również nieobecny wczoraj Soba, choć wydaje się, że zdrowie nadal mu nie pozwala na obecność. Z żalem ruszamy w dalszą drogę, drukując na pożegnanie wiosce zdjęcia na małej drukareczce Polaroida i rozdając dzieciakom sporo fantów.

Za dnia trasa ponownie wymagająca, a przewyższenia tak konkretne, że czasem musimy wpychać rowery po piachu pod górę. W końcu osiągamy Cangumbe, gdzie spotykamy się z niesamowitą jak na warunki angolskie akcją administracji. Po ośmiu dniach dojechaliśmy w końcu do drogi, która jest uważana za samochodową, i do miejsca, gdzie można telefonicznie, ale stacjonarnie, nawiązać kontakt ze światem. Zostało nam 80 kilometrów do Lueny, gdzie jest zasięg, a jutro o 12.00 musimy nadać relację dla Radia Szczecin. Lokalny administrator pożycza nam swojego prywatnego jeepa i załatwia kierowcę, który przerzuca nas 65 kilometrów do przodu. W ten sposób znaleźliśmy się w Chicala, w polowych koszarach angolskiej jednostki saperskiej. Wieczór z szeregowcami-saperami przy ognisku nie do końca nadaje się do zrelacjonowania. Bardziej ciekawskim czytelnikom mogę tylko zdradzić, że w ciemną afrykańską noc głęboką naszym oczom, nagle, ukazał się niespodziewany widok –  afrykańskie obrzezane przyrodzenie jednego z saperów. No cóż, jak mawiają, saper myli się tylko raz.

W Luenie zostajemy podjęci gościną przez braci salezjan. Jeszcze nie wiedzą, jaką przygotowaliśmy dla nich niespodziankę. Dali nam do dyspozycji cały dom wolontariuszy, którzy akurat wyjechali na wakacje. Luena jest stolicą prowincji Moxico i bardzo ciekawym miasteczkiem, gdzie można poznać i zrozumieć wiele prawd i historii o Angoli. Dwoimy się i troimy. Odwiedzamy szpital ortopedyczny, gdzie są produkowane protezy dla ofiar wypadków wybuchów min, i gdzie spotykamy trenera prowadzącego drużynę niepełnosprawnych piłkarzy. Odwiedzamy parę argentyńskich lekarzy misjonarzy kościoła Ewangelickiego – Adrianę i Juana Palaciosów, którzy opiekują się nami jak rodzina, poją, żywią i opowiadają o swojej pracy i malarii. Spotykamy się z kierownictwem międzynarodowej organizacji rozminowującej MAG (Mines Advisory Group), która swoją bazę główną ulokowała w stolicy prowincji Moxico. Prowincja ta jest nadal najbardziej niebezpiecznym terenem w całej Angoli i miejscem, gdzie wiąż ginie lub ulega trwałemu kalectwu najwięcej osób w wyniku wypadków związanych z wejściem na minę lub kontaktu z niewypałem. Najsmutniejsze jest to, że większość poszkodowanych stanowią małe dzieci. MAG w 1997 roku zostało współlaureatem pokojowej nagrody nobla.

[Tekst: Piotr Sudoł]

MUNHANGO
S 12*09’741”
E 18*33’277”
Elev. 1429 m n.p.m.
.
KAWIMBI
S 12*00’073”
E 19*07’884”
Elev. 1444 m n.p.m.
.
CHICALA
S 11*56’464”
E 19*37’910”
Elev. 1421 m n.p.m.
.
LUENA
S 11*47’447”
E 19*53’878”
Elev. 1332 m n.p.m.

4 komentarze to “Opowieść nie do końca nadająca się do zrelacjonowania, czyli saper myli się tylko raz (23-26 stycznia 2011)

  1. Konrad Road Runnerus Brennaborus pisze:

    Super zdjęcie chłopca śpiącego na ziemi. Musicie koniecznie zrobić jakąś wystawę po powrocie. 3majcie się. kp

  2. mirek pisze:

    Tak, to Piotr + mistrz blotnych ekspedycji!

  3. Piotr Romejko pisze:

    … bo autorem tej relacji jest zapewne Piotr Sudoł?

  4. Piotr Romejko pisze:

    Świetna relacja, Piotrze!

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV