Z żalem musimy się rozstać z naszymi rowerami. Brennabory nie będą nam potrzebne podczas etapu pieszego i wodnego. Wspaniałomyślność naszego sponsora firmy FHMM Sp. z o.o. pozwala podarować je ubogim katechetom, by mogli na nich dojeżdżać do odległych wiosek prowincji Moxico.
Jeszcze nie wróciliśmy do Polski, a już z łezką w oku wspominamy dni afrykańskiego rozgardiaszu. Po powrocie do Lueny bierzemy udział w wielkim wyścigu do kasy po bilety lotnicze. Prawdziwa walka o ogień! Mirek wątłymi ramionami próbuje powstrzymać rosłego pułkownika. Piotr łokciami zatrzymuje szturm kilku Angolczyków.
Tubylcy powstrzymani. Pułkownik wykręca w komórce jakiś ważny numer i bilet dostaje bez kolejki. Przy wejściu na lotnisko wciąż tłoczą się machając dokumentami ci, którzy zdołali wykupić je poprzedniego dnia. Na daremno, jak się okazało, bo w Angoli zapłacenie za podróż wcale nie oznacza pewnego miejsca w samolocie. Tego dnia wielu z nich odprawionych zostanie z kwitkiem, tfu… z biletem.
My, tymczasem, triumfujemy! Jakimś cudem zdobywamy cztery ostatnie bilety w pierwszej klasie. Radość nie trwa jednak długo, bo i tam brakuje dwóch miejsc…
Zanim jednak odlecimy do stolicy, w Luenie czeka nas kilka powinności. A w zasadzie przyjemności. W domu Palaciosów, argentyńskich misjonarzy-lekarzy, którzy wsparli nasz etap medycznie, czeka nas prawdziwa uczta. Adriana ugotowała pyszną wołowinę, Juan specjalnie przyniósł szampana.
Tego samego dnia symbolicznie kończymy ten odcinek podróży przez Afrykę, który Kazimierz Nowak pokonywał rowerem. Brennabory podczas następnych etapów nie będą na razie potrzebne. Były naszym sztafetowym środkiem transportu przez ostatnie 15 miesięcy. Dzielne rowery wyprodukowane i ufundowane przez firmę Brennabor przejechały dotychczas ok. 20 000 kilometrów po afrykańskich bezdrożach. Teraz zaś stają się własnością czterech katechetów, którzy wspierani przez ojców salezjan i ich misję w Luenie na dalekiej prowincji niosą na co dzień kaganek oświaty w trudnodostępnych, z uwagi na możliwość dojazdu, wioskach.
Jest państwowa telewizja, radio, agencja prasowa, katecheci tańczą i śpiewają na naszą cześć. Ogólna festa! Jeden Brennabor jedzie z Alberto Brago do Viki, drugi z Tiago Agostinho do Chicali, następny z Jeremiaszem Ricardo Linango do Ngorube Saiminy, a ostatni z Justino Chitembo do Sacarsombo. Uczymy ich cierpliwie jak zmieniać przerzutki i jak regulować klocki hamulcowe. Jeszcze nigdy nie widzieli kół błyskawicznie przykręcanych na motylki. Wieczorem – gdy urządzamy multimedialną prezentację – oglądają Brennabory w akcji. W skupieniu i zdumieniu obserwują jak sprawdziły się na Saharze, na sudańskich mokradłach Sudu, w zimowej scenerii pod szczytem Ruwenzori w Górach Księżycowych, na plażach jeziora Tanganika, w tropikach Zambii i Zimbabwe, na asfaltowych wstęgach RPA i Namibii i w końcu – to już wiedzą z naszych opowieści – w błotach deszczowej Angoli.
Kiedy katecheci dosiadają Brennaborów, ronimy za rowerami łezkę. Kolejne dwa etapy naszej wyprawy sztafetowej to odcinek pieszy i wodny, które rozegrają się w Demokratycznej Republice Konga. Dopiero po dojechaniu do Konga Brazaville ponownie wskoczymy na rowery. Będą to nowe egzemplarze jednośladów „Casimiro Bike”. Ale teraz czas już na nas…
Kiedy więc wchodzimy w końcu na pokład samolotu w Luenie, a tam, choć mamy cztery bilety, dla dwóch z nas brakuje siedzących miejsc, nikt z nas jednak nie przeklina. Nikt nie złorzeczy. Nikt nie wiesza psów na nieudolnej obsłudze. Zresztą dwa wolne fotele, choć w maszynie przed minutą był jeszcze komplet pasażerów, nagle znajdują się w drugiej klasie. Z nie mniejszą pokorą jedziemy dwie godziny z lotniska do centrum Luandy. Przesiadając się z zatłoczonego autobusu do busa, a potem do jeszcze jednego busa. Dzień wcześniej samolotem z Lueny podróżowała z nami starodawna taśma z nagraniem naszego wywiadu. Dziś przez cały dzień nadaje go telewizja.
W siedzibie Televisão Pública de Angola, chętnie, choć nie bez trudności, przegrywają nam ten materiał na DVD. Dziwimy się, że wszyscy tu tacy wysocy, tacy krągli. Zupełnie różni od niewyrośniętych i wychudzonych krajan w interiorze. W redakcji patronującego naszej wyprawie tygodnika „Novo Jornal” pytają o dalsze plany. Opowiadamy o Kongu… Są tu już z nami Mirek, Sławek, Rafał i Sebastian.
Książeczkę-pałeczkę przejmują zupełnie nietypowo. Przylecieli do Luandy, bo nie było połączeń do Konga. Z przyczyn logistycznych nie mogliśmy też spotkać się na granicy. W ogóle to nie ma nawet czasu, aby w jakimś spektakularnym miejscu zmienić tę sztafetę. Robimy to w miejscu najmniej spektakularnym z możliwych. W ogóle nie afrykańskim i wcale nie przypominającym Angoli. Woda w basenie na strzeżonym osiedlu w Luandzie jest przyjemnie chłodna. Jeszcze bardziej schłodzone jest białe porto, wino, którym i Nowak raczył się po wjeździe do Angoli. Wstawiamy do basenu stoły, stajemy na nich, by zbytnio nie przemoczyć Nowakowych koszulek. Po lewej nasze rowerowe sakwy. Po prawej plecaki kongijskich piechurów. Książka drogą wodną trafia w ręce nowego lidera.
Czarnoskóry strażnik blednie. Sąsiedzi myślą, że to grupa płetwonurków. Mirek Łajło, nasz gospodarz, który cierpliwie gościł tu u siebie trzy kolejne Nowakowe ekipy, właśnie wraca z pracy. Staje oniemiały nad brzegiem basenu. A potem szybko zrzuca garnitur i przychodzi pomóc nam rozprawić się z butelką porto.
To już jest koniec. Kongijczykom życzymy szczęśliwej drogi i wielu dobrych wrażeń.
Tekst:
MIREK WLEKŁY
PIOTR SUDOŁ
XV ETAP DZIĘKUJE:
Por Angola viajamos com a ajuda das muitas pessoas. Obrigado-nos a:
Mirek Lajlo – por hospedalidade e paciencia
Alicja Jezierska – pela agua limpa
Angolanos: Nascimento Dinis e Carlos Loureiro pela cada ajuda durante o nosso percurso
Argentinos: Adriana e Juan Palacios pela ajuda medica
Missionarios: padre Luiz e padre Jorge, benedictinos do Brasil e de Portugal, pela amizade, e padre Luigi, salesiano da Italia por arranjar o fim da nossa viagem
„Novo Jornal” por estar connosco
E tambem: aos nossas familias e todos os patrocinadores.
To ja Wam dziękuję za wirtualny powrót do Angoli, dzięki Waszym relacjom czułam się, jakbym tam znowu była!