Tymczasem co działo się w ostatnim tygodniu w Namibii (6-7 grudnia 2010)

poniedziałek, 6 grudnia 2010

To już prawdziwa Afryka! Skończyło się podróżowanie od jednej farmy do drugiej i rozważania, czy dziś będzie tylko prysznic, czy może trafimy na farmę z historią sięgającą trzech pokoleń wstecz i jeszcze oprócz prysznica będzie basen. Czy może na śniadanko będzie dżemik figowy czy z kumkwat, świeże pieczywo czy może muesli z owocami. Co by nie mówić, od czasu do czasu Namibia nas rozpieszczała, ludzie witali nas z otwartymi ramionami, bo każda nowa twarz, każdy człowiek, z którym można porozmawiać przy kawie, to skarb. Dawali nam schronienie, częstowali lokalnym jedzeniem, pokazywali swoje farmy, drzewa genealogiczne, opowiadali historie rodziny, z zapałem słuchali naszych opowieści o Nowaku, pomagali szukać najstarszych ludzi w okolicy mogących go pamiętać, krótko mówiąc, po ciężkich godzinach spędzanych w słońcu, mogliśmy liczyć w naszym mniemaniu na raj, taki sam raj, jakiego 76 lat wcześniej doświadczał Kazik:

Rano obudziłem się w raju, taki prawdziwy raj. Murzyn przyniósł dużą wanienkę, naniósł wodę, przyniósł kawę, a potem kąpiel. Raj! – Och Maryś! Jaki ja już byłem brudny – jaki strasznie brudny – już tyle tygodni podróży konnej – parę razy zaledwie w łóżku, resztę na ziemi – w pyle i brudzie.

Oczywiście nadal spotykamy na swojej drodze życzliwych ludzi, bo przecież, nie oszukujmy się, jesteśmy ewenementem w tej okolicy, więc jeśli ktoś już otrząśnie się po szoku spowodowanym widokiem białego na rowerze, często chce nam pomóc, ale mimo wszystko to już zupełnie inny świat.

Gdybym dłuższy czas nie dawał znaku życia – nie myśl źle – jestem w najgłupszym kącie Afryki, a każdą okazję wykorzystam aby Ci donieść o mych przeżyciach.

– Viva Swapo! – krzyczą 5-letnie dzieci, które mijamy przy drodze. SWAPO to partia rządząca w Namibii, jak widać od wczesnych lat dzieciaki są uczone w „jedyny właściwy sposób”.

Przemierzamy kolejne kilometry płaskiego jak stół Owambolandu. Droga prowadzi prosto do Oshikango, a więc głównego przejścia granicznego z Angolą i ruch jest tutaj dość spory, busy wożące ludzi od i na granicę oraz ciężarówki opętał dziś jakiś Owambodiabeł. Jedzie się strasznie – kierowcy mijają nas zdecydowanie za szybko i zbyt blisko.

Robimy sobie przerwę w przydrożnym barze na kurczaka z frytkami i w międzyczasie przeczekujemy koszmarną burzę. Siedzimy sobie.. Nic się nie dzieje.. Na ganku, pod blachą falistą.. Deszcz zagłusza rozmowy.. Siedzimy sobie.. Nic się nie dzieje.. Aż do znudzenia.

Powoli zbliżamy się do miejscowości Ondangwa. Im dalej na północ, tym więcej ludzi, tym więcej przydrożnych barów, w samej Ondangwie mieści się ponad 6000 małych przydrożnych sklepików! A wszędzie ludzie. Pewien pastor, którego poznałem w autobusie z Johannesburga do Windhoek, powiedział jedno bardzo ważne i trafiające teraz do naszej świadomości zdanie: „Always be aware you’re in Africa”. Wiele osób wcześniej próbowało nam wyjaśnić jak to jest na północy, na co mamy uważać, czego się wystrzegać, ale to nadal pozostaje najcenniejsza rada, jaką otrzymaliśmy – bądźcie świadomi, tylko tyle, albo aż tyle. W odróżnieniu od czasów podróży Nowaka głównym zagrożeniem kraju lwa nie są lwy, a ludzie.

Zatrzymujemy się przed Ondangwą. Szutrowa droga okazuje się być asfaltową, więc postanawiamy nie rozbijać się „w buszu”, głównie dlatego, że go po prostu nie ma, ale również dlatego, że to nie do końca bezpieczne. Szczęście się do nas uśmiechnęło. Pierwszy dom, do którego podjechaliśmy, należy do dyrektorki lokalnej szkoły, mimo naszych sprzeciwów, pani nalegała, żebyśmy przenocowali w domu, a nie w namiocie. Tak więc po przestawieniu dwóch choinek (to już prawie święta!) i paru innych przeszkód rozlokowaliśmy się w pokoju, nazwijmy go, gościnnym. W Namibii zbliża się lato, a więc i wakacje, do pani dyrektor przyjechały już w odwiedziny dzieciaki z rodziny, mamy więc okazję poznać całkiem liczną gromadkę szkrabów i nie tylko. Mała Michelle zasypia na rękach Magdy, córka pani dyrektor przygotowuje dla nas kąpiel, a więc dwie miski – jedną z ciepłą, drugą z zimną wodą, starszy syn dyskutuje z Filipem, a sama pani dyrektor przyrządza kolację – w papce kukurydzianej chrzęści piasek, ale polewana rybnym sosem i tak znika z talerzy. Po kolacji cała rodzina idzie spać, zostajemy tylko my, nastrojowa naftowa lampa i nietoperz zataczający w poszukiwaniu wyjścia kręgi po pokoju. Zasypiamy w prawdziwie afrykańskim domu.

.

wtorek, 7 grudnia 2010

Ciężki poranek. Grawitacja zdecydowanie nie jest dziś po naszej stronie, o czym świadczy chociażby fakt, że z wychodzącą wcześnie rano do pracy panią dyrektor zdążyła pożegnać się tylko Magda.

W drodze do Ondangwy przejeżdżamy blokadę policyjną, pan macha do nas, że możemy jechać, więc się nawet nie zatrzymujemy. Kątem oka dostrzegam jednak, że z boku ktoś trochę żywiej macha łapkami, no ale cóż, pojechaliśmy. Za 2 km jednak pojawia się radiowóz i panowie policjanci informują nas, że łapkami machała pani wyżej postawiona rangą i że mieliśmy się zatrzymać. Zawracamy więc i w eskorcie radiowozu dojeżdżamy z powrotem na wspomnianą blokadę. Rozmowy właściwie nie trwają długo, głównie chodzi o brak kasków na naszych głowach, które podobno są w Namibii wymagane. Kolejne martwe prawo, bo do tej pory nie widzieliśmy ani nikogo w kasku ani choćby miejsca gdzie takowy można nabyć. Mimo to pan policjant bardzo ładnie gestykuluje pokazując jak to możemy sobie rozbić głowę o przydrożny kamień. Sprawę rozwiązuje pokazany przez nas artykuł w „Die Republikein”, w tym momencie stajemy się już personami z mediów i policja życzy nam szerokiej drogi z nadzieją, że nie spowodowała znacznego opóźnienia w naszej podróży.

Nie spowodowała, czasu do zakończenia etapu mamy aż nadto, o czym przekonamy się wieczorem.. A na razie mamy uatrakcyjnione przedpołudnie i nieco świeżego materiału wideo strzelonego ukrytą kamerą.

Przez główną część Ondangwy, w której znajduje się chyba 5998 sklepików, o których wcześniej wspominałem, przejeżdżamy bardzo szybko, bo tłumy ludzi i samochodów nie zachęcają do postoju. W ramach ciekawostek w pewnym momencie zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu. Pan kierowca z sąsiedniego auta pyta, skąd jesteśmy.

– Z Polski.

– From Poland? Cześć, jak się masz?

Miły akcent – niestety zmieniły się światła i nie dane nam było dowiedzieć się nic więcej o mówiącym mową Mickiewicza Namibijczyku.

Robimy sobie przerwę na lotnisku w Ondangwie, z jednej strony, żeby Filip w spokoju mógł się wyspowiadać w Radio Szczecin, a z drugiej, żebyśmy mogli rozeznać rynek wypożyczalni samochodów. W końcu niedługo już porzucimy nasze wierne Brennabory i tym samym zostaniemy pozbawieni naszego ulubionego środka transportu i będziemy musieli przesiąść się na samochody.

Po opuszczeniu Ondangwy udajemy się w kierunku Oshakati, jeszcze większego skupiska ludzkiego kraju Owambo. Kiedy wjeżdżamy do miasta po raz kolejny tego dnia zatrzymuje nas policja. W myślach już prowadzimy rozmowę o kaskach, a tymczasem radiowóz zatrzymuje się z innego powodu. Otóż panowie martwią się o nasze bezpieczeństwo w okolicy. Mówią, że tutaj jest mnóstwo przestępstw, że mamy uważać, że każdy może nas zaczepić, żebyśmy poruszali się w grupie, nie rozmawiali z nieznajomymi i tak dalej, na koniec rozmowy dają nam swój numer telefonu, gdyby coś się działo. Ruszamy dalej i jedzie się jakby przyjemniej, nikt nas nie wyprzedza na trzeciego, nie śmiga 30 cm od kierownicy, podmuchy ciężarówek już nie rzucają rowerami. Obracamy się, a tam radiowóz na sygnale jedzie za nami blokując jeden pas ruchu. Można by rzec, że mamy honorowy przejazd przez miasto pod eskortą policji. Miło z ich strony.

Celem naszej dzisiejszej podróży była misja katolicka w Okatanie. Misja, którą odwiedził również Nowak, przyjeżdżamy tutaj z zamierzeniem spędzenia dwóch dni, bo do granicy już blisko, a czasu pod dostatkiem, chcemy powiesić Nowakową tabliczkę, bo to bardzo duży ośrodek i znany w okolicy. W misji spotykamy dwóch księży, jednego z Kongo, który jest tu od niedawna, oraz niemieckiego księdza starej daty, który raczy nas szczątkami polskiej mowy. Niestety kwestiami noclegów w misji zajmują się siostry, aby księża mogli skupić się na swojej pracy. Słońce chyli się ku zachodowi i nadchodzi burza, z jednej strony rozmowy z księdzem się przedłużają, a z drugiej siostra pozostaje nieugięta w kwestii ceny. Na początek rzuca zaporową dla nas kwotę 200 dolarów namibijskich od osoby. Historii naszej podróży zdaje się nie słyszeć, Nowak jej nie interesuje ani trochę. 200 dolarów. To może dwa łóżka i dwie karimaty? 200 dolarów. To może namiot? 200 dolarów. Siostra zdecydowanie nie wie, co to negocjacje. I tym sposobem wyjeżdżamy z misji nie mając celu. Jedziemy w ciemność rozjaśnianą błyskawicami, aż w końcu rozbijamy się pośrodku niczego, ale czy na pewno? O tym przekonamy się rano.

Tymczasem trwają długie rozmowy, co zrobić z jednym dniem, który mieliśmy spędzić w misji. Może zawody? Kto na głównej ulicy w Oshakati przejdzie z aparatem na szyi większy dystans? Albo może jednak nie.

[Kuba]

Comments are closed.

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV