Z notatnika europejskiego buszmena

23 listopada 2010

Posileni farmerskim pysznym śniadaniem ruszamy w dalszą monotonna drogę pośród buszu. Po kilku kilometrach zatrzymujemy się w placówce medycznej przy obozie dla uchodźców w Osire, aby Magda mogła jeszcze zamienić kilka zdać z doktorem Victorem. W obozie założonym w 1992 roku obecnie mieszka ok. 6,5 tys. osób głównie pochodzenia angolskiego.

A droga wiedzie w przód i w przód, prawie bez żadnych zakrętów, dystanse zaczynamy mierzyć w „horyzontach”. Poruszamy się od jednej kałuży do następnej, niestety po każdym kolejnym przebytym „horyzoncie” okazuje się, że kałużę już ktoś osuszył.. Na szczęście hen hen daleko widać już następne wyimaginowane suche jezioro i mamy w kierunku czego podążać. I w ten sposób mijają nam minuty, kwadranse, godziny, aż w końcu dochodzi południe i jedyne na co nas stać, to położyć się na karimacie i poczekać, aż zelżeje upał. Zasypiamy w cieniu przydrożnego drzewa i po prostu czekamy. Do piętnastej mamy ochotę co najwyżej przewrócić się na drugi bok.

Zbliżam się do gór Waterberg, już je widać było wczoraj na północnym horyzoncie, a potem jeszcze kawał drogi i Tsumeb!

Zbliżamy się i my!

Pedałujemy dalej w kierunku Waterbergu i kiedy już wydawałoby się, że nic tego dnia się nie wydarzy, nagle zatrzymuje się koło nas samochód, a ze środka uśmiechają się do nas znajome twarze. To Annadri i Pete, przejechali właśnie 50 km tylko po to, żeby oddać Maji paczuszkę, w której jest jej pidżama zostawiona przez przypadek na ich farmie! A skoro już zdecydowali się podążać naszym śladem zabrali ze sobą owoce, zimną wodę i lód. Wspaniała niespodzianka. Maja wręcz zaniemówiła i tylko z niekłamanym wyrazem radości na twarzy przytuliła Annadri i Pete’a.

24 listopada 2010

W środowy poranek słońce wita nas susząc namioty po nocnej nawałnicy. Burze widzimy właściwie codziennie, ale na szczęście spotykamy się twarzą w piorun tylko nocami i nie krzyżują one naszych rowerowych planów.

Po kilkunastu kilometrach docieramy do asfaltu, ale cieszymy się gładką nawierzchnią tylko przez chwilę, bo zjeżdżamy w kolejny szutr prowadzący do Parku Waterberg Plateau. 17 km piaskowej drogi odciska się mocno w naszej pamięci, droga akurat jest remontowana, czyli w tę i z powrotem jeździ po niej coś, co przypomina walec, tyle tylko, że nim nie jest .

W Waterbergu pierwszy raz rozbijamy się na komercyjnym campingu i od razu widzimy, że Namibia, to kraj dla turystów z dużym limitem karty kredytowej. Ale czego się nie robi dla basenu, lodów i piwa po kilku dniach w buszu. Po szybkim obiedzie wybieramy się na trekking na plateau. Spacerujemy leśnymi lub raczej „buszowymi” ścieżkami przyzwyczajając mięśnie do innego rodzaju ruchu. Po drodze napotykamy różne zwierzątka, między innymi małpy, które czują się panami na obszarze parku i pozwalają sobie na bardzo wiele. Po około godzinnej wędrówce docieramy na szczyt plateau, z którego kontemplujemy widoki do samego zachodu słońca. Teraz możemy w całej okazałości podziwiać hektary krzaków, ciągnących się po sam horyzont, krzaków, przez które przyszło nam pedałować przez cały miniony tydzień. Mimo, że to tylko busz, to i tak zapiera dech w piersiach.

Zachód słońca pozostawia pewien niedosyt, bo ognista czerwona kula schowała się za skałami, dlatego w mojej głowie zaczyna kiełkować pomysł wbiegnięcia na plateau na wschód słońca. Ale zanim ów pomysł na dobre rozkwitnie, mamy jeszcze czas na relaks przy basenie, sączymy orzeźwiający cydr i podziwiamy rozgwieżdżone niebo.

25 listopada 2010

4.45. Oprócz jednego rozsuwającego się zamka namiotu słychać tylko chrapanie i przewracanie się na drugi bok normalnych turystów. Nad południową półkulą już niedługo wzejdzie słońce i w przeciwieństwie do kraju nad Wisłą zrobi się nieprzyjemnie ciepło. Ale zanim to nastąpi wbiegam przy świetle czołówki i rozgwieżdżonego nieba na szczyt plateau. Busz przed świtem żyje własnym życiem, małpy piszczą, ptaki skrzeczą, żaby rechoczą, wszystko się rusza i człowiek tylko się zastanawia, z której strony spodziewać się towarzystwa. O 5.30 niebo powoli rozjaśnia czerwona łuna, busz zaczyna przybierać wyraźne kształty. Chwilę przed szóstą hipnotyzująca czerwień znika i stwierdzam, że chyba nic ciekawego już się nie wydarzy. Zaczynam schodzić, żeby po kilkudziesięciu krokach zobaczyć ogromną czerwoną kulę wyłaniającą się zza chmur, wracam sprintem na szczyt, rozstawiam statyw i daję popracować migawce aparatu. Słońce jak to ma w zwyczaju w końcu wzeszło, czerwona łuna znikła na dobre, więc przyszedł czas wrócić na śniadanie, po drodze mijam jeszcze spóźnionych turystów idących podziwiać wschód słońca, małpy spieszące na basen umilać czas zażywającym porannych kąpieli oraz pracowników parku budzących się do życia.

Park Waterberg Plateau, to jedno z częściej odwiedzanych przez turystów miejsc, więc mimo, że Kazik właściwie tylko o Waterberg zahaczył, postanawiamy przywiesić tutaj pamiątkową tabliczkę. Po krótkich rozmowach z managerem parku wybieramy miejsce na głównej ścianie, pośród innych ważnych tabliczek. Całość operacji – znalezienie wiertarki, pana od wiertarki, wiertła, pana od wiertła, młotka, pana od młotka przyjmuje typowo namibijskie tempo, więc zdążyliśmy z Filipem wpaść w objęcia Morfeusza na kanapie w holu. Ale koniec końców, znaleźli się wszyscy panowie oraz pani nadzorująca całą skomplikowaną operację i Kazikowa tabliczka zawisła na honorowym miejscu. Teraz każdy turysta odwiedzający park będzie mógł dowiedzieć się o bohaterze naszej sztafety. Specjalne podziękowania składamy na ręce pani Teresy Sawickiej, fundatorki tejże tabliczki. Tabliczkę wykonał w trybie non-profit pan Aleksander Kozłowski (www.grawek.com).

Przed opuszczeniem parku mamy jeszcze okazję zobaczyć na jak dużo pozwalają sobie małpy. Jedna z nich porywa naszą torebkę z kawą, ale po interwencji Filipa i serii jego komicznych krzyków porzuca zdobycz i dziwnie się przygląda swojemu poganiaczowi.

Wracamy na nasz ulubiony odcinek szutru, ale co ciekawe, walec, nie będący walcem już się z nim uporał i to samo 17 km pokonujemy z dużo lepszymi wrażeniami.

Pod wieczór, krótko przed zachodem słońca pokazały się przyparte do Małego Waterbergu zabudowania dużej farmy – Okosongomingo – własność Niemca – pana Schneidera. Sklep i co najważniejsze: kuźnia! – a właściciel grzeczny i gościnny” – tak pisał Kazik w 1934 roku.

Do Małego Waterbergu nadal stoją przyparte zabudowania Okosongomingo i co najciekawsze właścicielem farmy do dziś jest Niemiec nazwiskiem Schneider! Niestety informacji tych zaciągnęliśmy u sąsiadki, bo w domu akurat nikogo nie było. Właściciel ówczesnej kuźni już nie żyje, ale na farmie nadal mieszka jego syn, mający w tej chwili 78 lat, czyli podczas wizyty Kazika był dwuletnim berbeciem. Na pewno nie będzie tego pamiętał, ale może chociaż ojciec opowiadał mu do poduszki historie o polskim wędrowcu, który przemierzał w pyle i brudzie namibijski busz.

Pan Schneider wraca na farmę 15 grudnia. Wzięliśmy od sąsiadki numer telefonu i wstępnie zapowiedzieliśmy swoją ponowną wizytę, a więc nawet po zakończeniu etapu nasza namibijska przygoda będzie trwała nadal!

A tymczasem cieszymy się gładkością asfaltu i ciepłem wieczornego ogniska.

26 listopada 2010

Umilając sobie czas porannej kawy czytamy listy Kazika, w rolę narratora wciela się Maja: „Spotykałem świeże ślady krów” – Maja! Lwów!

Śmiechu było co niemiara. Dziś lwów już nie spotykamy, jedyne duże koty w Namibii można oglądać w Parkach Narodowych. Chciałbym powiedzieć „niestety”, ale mam trochę mieszane uczucia.

Nasza dalsza droga wiedzie w kierunku Otjiwarongo, do którego docieramy w porze obiadu i od razu idziemy na coś niezdrowego do Whimpy. Jest to pierwsze miasto z prawdziwego zdarzenia (oczywiście na warunku namibijskie) od kiedy opuściliśmy Gobabis. Uzupełniamy więc zapasy na kolejne dni, Magda odwiedza szpital, żeby zrobić roentgen swojego obitego łokcia i upewnić się, że wszystko jest w porządku, a Filip bezskutecznie szuka fryzjera.

To dopiero drugi dzień naszego pedałowania po asfalcie, a już chwilami z rozrzewnieniem wspominamy spokój i brak ruchu na szutrach.

Kuba Wolski

Koordynaty GPS tabliczki w Waterbergu:

S 20.51641

E 17.24547

3 komentarze to “Z notatnika europejskiego buszmena

  1. Kuba Wolski pisze:

    Whimpy juz bylo i oczywiscie bottomless cola/fries tez. Chyba nie oplacala im sie nasza wizyta 😉 Zgodnie jednak stwierdzilismy, ze zamiast botomless fries, lepszy bylby zestaw botomless hamburger 🙂

  2. jacek-staryherbatnik pisze:

    Ja stawiam na 10 -nie ma jak przyjaciele.

  3. Julia pisze:

    Złociutcy!Dajecie czadu! Whimpy w Namibii to podstawa – wzięliście zestaw bottomless Cola/fries no-limit?:)
    No i zwierzaki macie na drodze! Moim faworytem jest małpiszon ze zdjęcia nr 8 🙂

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV