UGANDA






Na początku roku 1933 Kazimierz Nowak skierował swojego Brennabora z Sudanu ku puszczom Konga Belgijskiego (Juba – Yei – Aba). Władający francuskim, niemieckim, arabskim, ale nie angielskim, Kazik miał serdecznie dość Brytyjczyków i ich kolonii, biurokracji, rozkazów… I cieszył się na myśl o Kongu jak dziecko. Dziś jednak sytuacja w północno-wschodnim Kongu nie przedstawia się kolorowo. Szacuje się, że około 4-5 milionów ludzi zginęło tu w ciągu ostatnich dwóch dekad, a po dżungli nadal grasują rodzimi, kongijscy bandyci jak ugandyjskie dzieci-żołnierze z LRA. W związku z tym zmuszeni jesteśmy do zjechania z trasy wiernej Nowakowi – zamiast do Aba w Kongu, kierujemy się do Gulu w Ugandzie. Stąd zmierzamy po wschodniej stronie systemu wielkich rowów afrykańskich i Gór Księżycowych pod Ruwenzori, zamiast po zachodniej, kongijskiej jak Kazik.

W Gulu następuje względnie spontaniczna zmiana składu sztafety w związku z czasowym poślizgiem kolejnej ekipy. Ruszamy we czwórkę: Agnieszka Małek, Filip Lisowski, Zbyszek Gałęza i Jakub Pająk (pjk). Asfalt kończy się jeszcze w Gulu. Odtąd niemal cały czas poruszać się będziemy czerwonymi, afrykańskimi szutrami. Jedziemy ponownie przez kraj Aczoli, z tym że ugandyjskich, w dużo większym stopniu przez lata targanych terrorem LRA. Choć ich przywódca – Joseph Kony uważa się za proroka, a jego Armia Oporu Pana (LRA) oparta jest teoretycznie na interpretowanym w szalony sposób dekalogu, to głównie chrześcijanie cierpią w wyniku ich działań. W każdej wiosce widzimy zniszczone, ziejące pustką kościoły. Jednym ze sposobów siania terroru przez LRA było napadanie na wioski podczas niedzielnych nabożeństw, bezczeszczenie świątyń oraz okaleczanie, mordowanie i porywanie modlących się w nich wiernych. Niestety LRA jest nadal aktywna i tego typu napady są wciąż praktykowane. Na dodatek przepędzona z Ugandy „Boża Armia” terroryzuje obecnie jeszcze bardziej, dotknięte przez los, rejony Afryki – Południowy Sudan (okolice Yambio), Kongo, Republikę Środkowoafrykańską. Porównując kraj Aczoli do reszty Ugandy, rejon ten jest najbardziej prymitywny, ale jak ma tu być inaczej: mężczyźni od rana piją wódkę z plastikowych woreczków, kobiety wchodzą na klęczkach do wioskowych sklepików, brak inicjatywy, chęci, by zmienić swój los… „A przecież wokoło tyle ziemi żyznej”.

Z Gulu jedziemy przez Koc, Anaka, Purongo do Parku Narodowego Murchinson Falls. Wjeżdżamy przez Wankwar Gate, nie mając absolutnie pewności czy wolno tu poruszać się na rowerach. Jesteśmy pierwszymi w historii cyklistami wkraczającymi tędy do parku! Jednak po szeregu przestróg jak się zachować przy spotkaniu z dzikimi zwierzętami, dostajemy zielone światło. Nieprawdopodobnie, tuż za granicą parku znajdujemy się w świecie jakby chwilę po jego stworzeniu. Na zielonych wzgórzach pasą się tysiące gazel i antylop. Są na wyciągnięcie ręki, nie odgrodzone żadną szybą i warkotem silnika. Niewiele robią sobie z naszej obecności. Ot, podbiegną kawałek, przetną nam drogę, poprzyglądają się zaciekawione. Widzimy także stada żyraf, słonie, guźce, pawiany, no i bawoły – jedne z najgroźniejszych afrykańskich zwierząt. Gdy zaczynają galopować, w odległości 20-30 metrów od naszych Brennaborów, naprawdę czujemy wielki respekt. Niestety droga ponownie wiedzie przez rejon nawiedzony przez muchy tse-tse. Repelenty nie pomagają, insekty niemożliwe dokuczają, lecz nie pozostaje nic innego jak mocniej naciskać na pedały i wymachiwać łapami, by jak najszybciej opuścić „skażony” teren.

Przeprawiamy się przez Nil Wiktorii, a następnego dnia płyniemy stateczkiem pod wodospady Murchinsona. Najciekawsze po drodze jest jednak samo życie rzeki. Już w ciągu pierwszych pięciu minut widzimy tyle hipopotamów i krokodyli, co przez całe trzy tygodnie spędzone na Białym Nilu w Południowym Sudanie. Poza tym do wodopoju podchodzą słonie, antylopy, bawoły, guźce, po klifach buszują małpy, a wokoło fruwa rozmaite ptactwo. Także po kempingu (Red Chilli), na którym się zatrzymaliśmy, grasują dzikie zwierzęta: pawiany, sympatyczne rodzinka guźców, a ponoć zdarzają się także wizyty hipopotamów.

Z parku zmierzamy na zachód nad Jezioro Alberta. Po drodze zahaczamy lokalny targ, na którym kupujemy m.in. przysmak na kolację – grillowane pisklęta nadziane na szaszłykowy patyk. Smakołykom urywa się główki i wcina, chrupiąc ptaszyny w całości. Gdyby tylko nie resztki opierzenia, byłoby jak z KFC.

Kolejnym punktem na naszej trasie jest Rezerwat Busingiro, gdzie wybieramy się na spacer po tropikalnym lesie. Po gałęziach skaczą małpy i wiewiórki, jednak już same drzewa robią niesamowite wrażenie, wyrastając swymi koronami 50-60 metrów ponad gąszcz dżungli. Dzień w lesie upstrokacają dziesiątki różnokolorowych motyli, nieraz wielkości dłoni, zaś noc rozbrzmiewa mozaiką tajemniczych dźwięków. Busingiro znalazło się na naszej trasie w związku z polskim akcentem. Otóż nieopodal puszczy znajduje się kościółek, zbudowany przez naszych rodaków, których wojenne koleje losu rzuciły do Ugandy. Na przykościelnym cmentarzyku same polsko brzmiące nazwiska, głównie z datami do 1948 roku. Jednak dziś w okolicach nie ma już żadnych Polaków.

Sprzed bramy świątyni rozpościera się cudowny widok na zielone wzgórza Afryki. Tak, nasz etap z powodzeniem, za Hemingwayem, nazywać mógłby się „Zielone wzgórza Afryki”. Taki właśnie jest ten kraj: pagórkowaty i zielony do granic możliwości! Nazwa „Bananarama” jest jednak bardziej rowerowa, a wszak Uganda to kraj bananów. Jest ich tu z kilkanaście odmian, począwszy od zielonych, pastewnych matoke niczym nie różniących się od naszych ziemniaków, po znane nam słodkie, żółte gatunki. Codziennie widzimy też ludzi pchających rowery, obładowane do granic możliwości zielonymi kiśćami bananów. Banan na ramę i banda Uganda! Rekordziści transportują w ten sposób pod sto kilo kiściastych owoców, na raz!

Zmierzamy dalej na południe: gorące źródła i kąpiel w ryftowym Jeziorze Alberta, Hoima przy blasku świec i lamp naftowych. Wreszcie Fort Portal z widokiem na coraz to wyższe szczyty Gór Księżycowych oraz Park Narodowy Kibale, gdzie wybieramy się tropić szympansy w ich naturalnym środowisku. Żyje tu blisko 1200 naczelnych i praktycznie nie zdarza się ich nie zobaczyć, jednak nam pogoda bardzo nie sprzyja. Tropikalny deszcz zgasił nam egzotycznie pachnące ognisko i wcale nie zamierzał przestać padać o poranku. Ociekając strugami wody zagłębiamy się jednak w puszczę. Niestety deszcz zagłusza dźwięki dżungli, a poza tym szympansy nie lubią moknąć. Bezskutecznie krążymy po lesie, aż do popołudnia. Na szczęście wypogadza się i wreszcie trafiamy na małpią rodzinkę. Kilka osobników, nie zważając na naszą obecność, przechadza się po leśnym runie, poszukując smakowitych gąsienic. Idziemy za nimi krok w krok, aż w końcu dołączają do swojej gromady, żerującej w koronie potężnego, kilkudziesięciometrowego drzewa figowego. Obserwujemy naszych wyluzowanych krewniaków podczas ich dnia powszedniego. Wrażenia fantastyczne…

Dalej kierujemy się poprzez rejon Bunyuruguru usiany dziesiątkami niewielkich jeziorek kraterowych do Kasese. Dziś, tj. 17 kwietnia 2010 roku, dokładnie na równiku, nastąpi przekazanie etapu kolejnej ekipie sztafety AfrykaNowaka.pl, ekipie Janusza Adamskiego. Czarny Ląd zaraża jednak swym bakcylem i wracać do Europy nie chce się wcale, a wcale…

Comments are closed.

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV