Co drugi dzień mamy silny przeciwny wiatr… (dzień 15)Day 5-13 – November 9-17thGiorni: 5-13, il 9-17 novembre 20Jour 5-13 – 9-17 novembre

Po 6 dniach wyczerpujacej walki dojechalismy do Wielkich Diun Piaskowych. Co drugi dzien mamy silny przeciwny wiatr.  Uksztaltowanie terenu jest coraz ciezsze. Z dnia na dzien coraz bardziej grzezniemy. Rowery waza 50 kilo z bagazem (20 litrow wody kazdy) Fadel od 3 dni nie jedzie. Powiedzial natomiast I will never forget Kasimier Novak in my life. Diuny maja po 300 metrow wysokosci. Plan jest taki, ze przekraczamy je w najwezszym miejscu to jest 60 km. Bedziemy pchac rowery. Noce coraz zimniejsze. Panoramy jak na Marsie, Wenus czy Ksiezycu. Brak sladow zycia, ale jest tlen i atmosfera (mozemy chodzic bez skafandrow). Temperatura w ciagu dnia nam sprzyja, widoki niesamowite, jestesmy zdrowi, rowery sie nie psuja.
Trzymajcie kciuki. (…)

A tak o tym odcinku pisał w styczniu 1932 roku Kazimierz Nowak:

7 stycznia 1932 r.

Maryś jedyny!
Wreszcie deszcz koło trzeciej nad ranem ustał, ale za to mróz chwycił silny i wszystko lodem pokrył i szronem. Ledwo doczekałem ranka, na wpół zmarzły. I teraz zimno, mimo że słonko świeci i że już godz. 11. Za chwilę odmarsz. Napiszę jeszcze pocztówkę do Ciebie – może ją w Gadames wrzucą do skrzynki dwaj Tuaredzy, którzy też dziś do Gadames ruszają. Pocztówkę tę wysyłam bez numeru koresp. – nie jestem bowiem pewien, czy dojdzie rąk Twoich.

Stary Ali chory – dobrze, że apteczka moja dość bogata i że mam opium. Stary wił się w boleściach – naturalnie przyczyną wczoraj gotowane mięso, które okryte lodem zajadał dziś rano. Ale teraz mu lepiej, oczy aż weselsze, i ciągle dziękuje mi za lekarstwo. W ogóle jestem lekarzem obozowym. Leczę nogi i ręce towarzyszy moich wodą utlenioną, jodyną i wazeliną. W zamian za to w nocy przykrywa mnie troskliwie jak ojciec stary Ali, a Mahomet rozpala ognisko i gotuje mąkę. I jak widzisz, Maryś, wcale mi nie źle na pustyni – wesoło nawet w chwilach, kiedy nie mam czasu myśleć o Was. Ale gdy pomyślę, że Wam może zimno, że głodni jesteście może, to aż coś za serce ściska, aż boli – a tak bym chętnie z pomocą pośpieszył. Lecz jak? Jak, Maryś? Żebym ja wiedział! Ale czas pakować rzeczy i w drogę, w imię Boże! Pa. Całuję mocno!

7 stycznia – noc

Maryś moja!

Noc taka cudowna – piękna afrykańska noc pustynna. Wiatr ucichł, gwiazdy nisko wiszące tak filuternie migają – znak, że nocą silny mróz chwyci. Od dziś nie będę miał dokładnego czasu, stanął mi bowiem zegarek, ale już dawno zgasła piękna, duża „Gwiazda Zachodu”, u nas w Polsce niewidoczna, a gaśnie mniej więcej około 8-mej wiecz. Ciekawa ta gwiazda, towarzyszka mych nocnych wędrówek po Afryce. Ani się wierzyć nie chce, że to gwiazda – spaceruje sobie raz w lewo, to w prawo, a w końcu opadnie trochę i znowu w lewo, w prawo, po prostu spaceruje sobie. O! – dużo tu już nowych gwiazd. Niedługo już „Krzyż Południa” zobaczę. Za to naszych polskich gwiazd już nie widać – zwłaszcza „Wielkiego Wozu” już odnaleźć nie mogę.

I tak powoli oddalam się od Was – coraz bardziej, coraz dalej, a gdy na mapę spojrzę, wierzyć mi się nie chce, że Boruszyn tak daleko! A mnie się ciągle zdaje, że kroków parę od Was jestem.

Dziś dzień był jasny, zimny. Rozbiliśmy obóz o zachodzie słońca – drzewa dość i wodę znaleźliśmy w jakiejś kotlince. Błoto raczej, ale zawsze „girby” znowu pełne, a już wody nie było wcale, a do studni daleko jeszcze, daleko.

Namiot rozbiłem z trudem, ale jakoś stoi. Za to wkopałem w ziemię kupę węgla z ogniska – ciepło i miło, no i posłałem sobie wygodnie, a przez dzień wszystko dobrze wyschło. Spać będę dobrze i wygodnie całkiem. Czuję się naprawdę zdrów i wesoło mi nawet na duszy. Dlaczego – ani nie wiem. Może Wy ciepło dziś macie i może Wam nie głodno! Ja dobrą wieczerzę dziś miałem. Jak co dzień gotowana mąka, no i gulasz do tego z gazeli, której kawał dostał dziś stary Ali od tych Tuaregów, którzy do Gadames zabrali kartkę do Ciebie. Potem herbata – no i jeszcze są papierosy! Gdybym mógł tu zarabiać, niespieszno by mi było do ludzi ani do tego Gat, do którego zdążam.

Pustynia jednak ma urok – czaruje wprost, zachwyca. Pomyśl – wszystko, to jest nasz bagaż, potem wielbłądy rozprószone po pustyni – nikt nie pilnuje niczego, a jednak wszystko rano na tym samym miejscu. A do tego ta boska cisza, czar nocy pustynnej, ognisko, a przy nim w białym stroju dobry stary Ali i jednooki Mahomet – Tuareg, ale białej cery. Głupi, ale dobry chłopak. Ale Pa! Dobranoc! Całuję wszystkich po kolei.


Wasz Kazimierz

20. stycznia 1932 r.

Maryś Droga!

Znowu jeden trudny dzień podróży przez pustynię piaszczystą. Cały dzień drapałem się na szczyty pagórków i gór piaszczystych. Widoki naprawdę przepiękne, ale chwilami brakowało sił. Ali też dziś mnie wyprzedził o jakieś 2 godz. ze swymi wielbłądami, ale skorzystał z tego i słońce wysoko jeszcze było, a on już się rozłożył obozem. Pokłóciłem się z nim na dobre i powiedziałem, że takiej wymówki, jaką dziś przerwał drogę, więcej nie chce słyszeć. Ma iść tak długo, jak możliwe, a ja – zwłaszcza w piasku – mam przecież drogę znaczoną i nie zginę. Zresztą kierunek znam i orientuję się całkiem dobrze. Nie zginę w pustyni – chyba z głodu – a do tego doprowadza to żółwie posuwanie się Alego – i w końcu sytuacja stanie się krytyczna. A już jest bardzo, bardzo krucho – ¼ porcji zaledwie, i to z biedą na tydzień starczy – a szmat drogi przede mną! Dobranoc, ale śpijcie z Bozią – Całuję mocno! Pa

23 stycznia 1932 r.

Maryś – Marychno!

Tak bezbrzeżny smutek owładnął mą duszę i tak okropnie ciężko mi na sercu, że ani pisać nie umiem, tym bardziej że jestem śmiertelnie zmęczony. Oddaliłem się rano od karawany – i zbłądziłem w tym hadi Amenenad (koryto rzeki). Powodem dzień pochmurny i kształt stonogi tej całej hadi Amenenad. Trudno – pozostało jedno – cofnąć się śladem roweru tak daleko, aż znajdę ślad. Rzecz trudna, bo koryto rzeki piaskiem zasypane, a ja na rowerze mam całą żywność i w ogóle bagaż, dużo – choćby na dobrą szosę. Ot, palnąłem głupstwo, oddalając się od karawany. Myślałem, że dobrze robię.

Ot – wieczorem ślad się urwał. Chcąc znowu nie zbłądzić, pozostało jedno – rozbić namiot, gdzie Bóg dał i odpocząć po trudnym dniu. Drzewa ani kawałka w całej okolicy, pustka, czerń nocy – sam jeden na bezbrzeżnej pustyni. Niewesoło, Maryś – niewesoło!

Pa! Dobranoc! Z Bozią zostańcie!Desert painted with sand

The further to the south, the less road civilization. The roadsides and the distinct lines separating the lanes disappear. The prosperous Libya more often gives up place to the desert wilderness.

This unbelievable spacetakes their breath away. They have never seen such a vast horizon. The landscape is like from the Red Planet. The participants of the Kazimierz Nowak expedition are riding through the Jabal Nafusa mountain massif, which stretches long from Tunisia. Its highest point – 837 m a.s.l., the cyclists reach slightly lower – 788.

The wind is blowing like hell and sometimes it’s difficult to keep the right direction. You can’t see other cyclists. The drivers of the dangerously scorching trucks are grinning from ear to ear and the car passengers are zooming in on the strangers from Poland through the open windows.

In the barber ruins of the city of Yafran they became convinced that, after all, someone was riding here on two wheels: a children rusty bicycle with…two handle bars is a proof of recent life.

The severe conditions – accommodation on a dry, cracked ground – are eased by good-natured local inhabitants. Such as a Sudanese oasis guard, who galloped on a donkey to the Poles offering a small goat for dinner.

– When the evening approaches, I kindle a cheerful fire from thorny bushes, which smells nice – the Poles are reading at loud the Nowak’s letter to his wife and by showing his numerous photos they are converting to the Nowak’s religion their guarding pickup driver of the Amid stage and its Libyan participant Fadel.The other one is picking up. November the 11th, there is a reason to celebrate. The day before his birthday for the first time he covers the whole daily distance.

– Libya surprises us a lot. People are extremely nice. Very helpful and hospitable. The Libyans are more civilized, they are more similar to the Europeans than to other African inhabitants. Paradoxically it seems that the socialism and the kaddafism had a good influence on Libya – at least when compared to other African countries – points out the expedition participant Piotr Sudoł, when riding on well-kept roads and passing through villages full of tidy people and well-stocked shops.

The villages astonish with prosperity, the desert with landscapes. Sometimes it’s like in Australia with a vivid red sand and small green bushes, sometimes exactly like on a western prairie. More and more often the wind sculptures in the sand creating the rows of rough waves.

On Friday they cover 140 kilometers to Sinawan. The killing 7 hours on the bicycle, that weights 50 kilograms with the filled traveling bags.

Looong downhill rides and much loooonger climbs. They cope with it by riding an echelon. Further to the south, less road civilization. The roadsides and the distinct lines separating the lanes disappear.

The desert has the right to get rid of the uninvited guests. Like Nowak, they approach humbly and cautiously to Ghadames – the city called “The Sahara gate”.

– It’s a beautiful oasis on the desert with 30 thousand inhabitants – says Piotr Sudoł two days after their arrival. – It swarms with buildings like from the stories of „One Thousand and One Nights”, tight-fisted , in wonderful colors. I’m sitting at the source located within the city, in front of me a palm tree, an idyllic view.

They are surrounded by serious Touaregs. They seem to be secretive but after a closer contact they are in fact very friendly.

Another commemorative plaque was hanged in the youth hostel in presence of noble elders, dozen of serious men, who were impressed by the presence of Nowak in their city after have seeing the photos.

But it’s time to say goodbye to the Ghadames Touaregs. The bicycle caravan keeps going to the south, 10 days through the infinite desert.Il deserto dipinto a sabbia

Più lontano al Sud si è, meno civilizzazione stradale si nota. Scompaiono i cigli della strada e ben visibili linee che separano le corsie. La Libia benestante comincia a cedere il campo ad un sabbioso luogo deserto.

Uno spazio incredibile mozza il fiato. Mai nella vita i ciclisti hanno visto un orizzonte così esteso. Il paesaggio rassomiglia il Pianeta Rosso. I partecipanti della spedizione alle tracce di Kazimierz Nowak vanno attraverso il massiccio montano Gebel Nafusa che si estende a forma dell’arco fino a Tunisia. Il suo punto più alto – 837 m s.l.m. I ciclisti conquistano – 788 m s.l.m.

Tira un vento diabolico. A momenti è così forte che è difficile tenere la direzione di andata. Da queste parti, altri ciclisti non si vedono. Gli autisti di camion correnti a velocità pericolosa digrignano i denti a vista degli strani forestieri di Pologna. I passeggeri di macchine mirano ai ciclisti con gli obiettivi fotografici.

Tra le rovine della città berbera – Yafran – i ciclisti notano una piccola e rugginosa bici con… due manubri – la prova che tempo fa c’era nella città la vita e anzì qualcuno che andava a due ruote.

Le condizioni severe – notti passate sulla sabbia secca e screpolata – vengono smussate dagli indigeni da un’indole simpatica. Tra di loro – un sudanese – guardiano di una delle oasi, che viene di corsa all’asino con una piccola capra – la cena per i polacchi.

”Quando la sera s’avvicina, accendo un allegro fuoco di pruni che manda un dolce odore” – i polacchi leggono ad alta voce una lettera di Nowak a sua moglie e mostrando sue numerose foto cercano di ”convertire alla religione di Nowak” Amid – autista del pickup e Fadel – partecipante libico di questa tappa.

Fadel comincia ad abituarsi a tutto pian piano. Il 11 novembre – c’è da festeggiare. Alla vigilia del suo compleanno Fadel copre tutta la distanza del giorno.

– Libia ci sorprende molto. La gente qui è simpaticcissima. Molto ospitale e d’aiuto. Dal punto di vista della civilizzazione i libici sono molto più vicini agli europei che agli altri abitanti del continente africano. Paradossalmente sembra che il socialismo ed il kaddafismo abbiano fatto del bene a Libia – almeno sullo sfondo degli altri paesi africani – nota il partecipante della spedizione Piotr Sudoł. Attraversiamo successive località con strade ben curate, gente ordinata e negozi ben forniti.

Le città sorprendono dell’agiatezza e il deserto dei paessaggi. A momenti il deserto rassomiglia Australia con sabbia chiassosa e cespuglietti verdi , a momenti sembra essere la prateria del western. Sempre più spesso il vento scolpisce la sabbia formandone le file delle onde inquiete.

Il venerdi i ciclisti percorrono 140 chilometri e raggiungono Sinawan. Sette ore sfibranti a biciclette che insieme con le borse pesano 50 chili.

Luuuunghe discese e ancora più lunghe salite. I ciclisti se la cavano andando a forma di ventaglio come i corridori. Più lontano al Sud si è, meno civilizzazione stradale si nota. Scompaiono i cigli della strada e ben visibili linee che separano le corsie.

Il deserto dispone di tutti i mezzi possibili di togliersi dai piedi degli ospiti inopportuni. A modello di Nowak, cioè con umiltà e ponderazione, si muovono verso Gadames – città conosciuta come il cosiddetto ”Portone del Sahara”.

– È una meravigliosa oasi al deserto che conta 30 mila di abitanti – dice Piotr Sudoł due giorni dopo esserci arrivato. – La città pullala di edifici simili a quelli di ”Le mille e una notte”, uno messo strettamente ad’altro, nei colori stupendi. Sto seduto accanto ad una sorgente nella città, in fronte di me una palma – un panorama idilliaco.

Intorno ai polacchi passeggiano i tuareg dalle facce serie. A prima vista sembrano chiusi in sé però nei contatti più stretti si rivelano estremamente amichevoli.

Una tavoletta successiva viene appesa nell’ostello della gioventù del posto in presenza dei nobili anziani. Qualche decina dei signori serii, molto impressionati dalle foto di Nowak che stava lì tempo fa.

È tempo di salutare i tuareg gadamesi. La carovana di biciclette va avanti al Sud, 10 giorni attraverso un deserto infinito.

Désert peint avec le sable

Plus loin au nord, moins de civilisation routière. Les accotements et les lignes séparant les voies de la route disparaissent. La Libye opulente cède place au désert vide.

L’incroyable espace qui fait rêver. Ils n’ont jamais vu de leur vie un tel vaste horizon. Le paysage est comme celui de la Planète Rouge. Les participants de l’expédition de Kazimierz Nowak traversent le massif montagneux de Jabal Nafusa qui s’étend comme un arc de la Tunisie. Le point culminant – 837 m de l’altitude, les cyclistes arrive jusqu’à 788.

Le vent souffle très fort. Si fort que de temps en temps il est difficile de suivre la bonne direction sur la route. Il est impossible de voir les autres cyclistes. Les chauffeurs de camions passants dangereusement à pleine vitesse sourient, et par les fenêtres ouvertes les passagers prennent les photos des étrangers bizarres de Pologne.

Dans les ruines du village berbère a Yafran ils se convainquent que cependant auparavant il y avait quelqu’un qui y faisait du vélo: un petit vélo d’enfant roullé… avec deux volants – c’est une preuve de vie pas si éloignée.

Les conditions sévères – les nuits passées sur un terrain aride et craqué – sont radoucies par le tempérament des indigènes. Comme par exemple un soudanais, un gardien d’une des oasis, qui a galopé sur un âne vers les polonais et leur a offert une chèvre au diner.

– Quand la soirée s’approche, j’attise un plaisant feu à l’aide des arbustes épineux, qui sent bien – les polonais lisent à voix haute les lettres de Nowak à sa femme et en montrant ses divers photos ils convertissent à la religion de Nowak le chauffeur du pick-up (qui garde l’étape d’Amida) et son participant libyen Fadel.

Le second se réchauffe petit à petit. Le 11 novembre est une bonne cause de fêter. La veille de son anniversaire pour la première fois il parcourt toute la distance journalière.

– La Libye nous surprend beaucoup. Les gens sont très sympas. Aidants et hospitaliers. Les Libanais sont plus civilisés, ile ressemblent plus aux européens qu’aux autres habitants du continent africain. Paradoxalement on a l’impression que le socialisme et le kaddafisme ont eu une bonne influence sur la Libye – au moins par rapport à d’autres pays africains – remarque le participant de l’expédition Piotr Sudoł, en roulant a vélo sur des routes soignées il traverse des nouveaux villages pleins de personnes propres et des magasins bien assortis.

Les villages surprennent avec leur richesse, et le désert avec ses paysages. Quelquefois c’est comme en Australie avec ce sable rouge criard et des petits arbustes vertes, et autrefois c’est tout à fait comme dans une prairie des films sur le Wild West américain. De plus en plus souvent le vent sculpte dans le sable en formant des rangs de vagues agitées.

Vendredi ils parcourent 140 kilomètres jusqu’à Sinawan. 7 heures meurtrières à vélo, qui avec les besaces pèse 50 kilogrammes.

Des looongues descentes et encore plus looongues montées. Ils s’y débrouillent en roulant « en échelon » comme des cyclistes professionnels. Plus loin au sud, moins de civilisation routière. Les accotements et les lignes séparant les voies de la route disparaissent.

Le désert a des bonnes conditions pour se dessaisir des étrangers pas invités. Comme Nowak, humblement et avec prudence ile partent vers Ghadames, une ville appelée «la Porte de Sahara ».

– C’est une très jolie oasis de plus de 30 milles d’habitants – dit Piotr Sudoł deux jours après leur arrivée – elle redonde de bâtiments comme dans les histoires de „Mille et Une Nuits ”, placés d’une manière serré, de magnifiques couleurs. Je suis assis près de la seule source de village, devant moi un palmier, une vue idyllique.

Des Touaregs sérieux se promènent autours des polonais. Au premier coup d’œil distants, au contacte plus proche – exceptionnellement sympathiques.

Une autre plaque commémorative a été accrochée dans le refuge de jeunesse en présence des nobles du village, quelques dizaines des messieurs sérieux, qui ont été impressionnés par les photos de Nowak pris dans leur ville il y a des années.

Mais il est temps de dire au revoir aux Touaregs de Ghadames. La caravane de vélos part plus loin au sud, 10 jours à travers un désert insondable.

Comments are closed.

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV