Dystans: 78 km
Start: godz. 10.10
Koniec jazdy: 18.05
Warunki: (ocena 4+) słaby przeciwny wiatr, słonecznie, ok. 20 st. C., mocno spękana szosa, teren płaski jak stół.
Najważniejsze wydarzenia:
– przytwierdzenie tabliczki nowakowej w hoteliku Cambo Al Fao. Aweynat jest główną bazą wypadową w pobliskie góry Akakus, stosunkowo wielu turystów zatrzymuje się właśnie tutaj. Dlatego uznaliśmy, że będzie to odpowiednie miejsce na naszą tabliczkę. Keita – pomocny Malijczyk, który się nami opiekował na kempingu, skutecznie został zindoktrynowany przez Fadela, który poświęcił temu cały wieczór. Tak oto dwóch młodych Afrykańczyków na Pustyni Libijskiej długie godziny rozprawiali o pewnym wspaniałym polskim szaleńcu, który niemal wiek temu przemierzył ich wielki kontynent na rowerze.
– w pewnym momencie podmuch wiatru zwiewa Ani czapkę z głowy. Dla tak dobrze zorganizowanej drużyny to nie problem – jadący za Anią Kasper, nie unosząc głowy, zręcznym ruchem ręki chwyta nadlatującą czapkę i wnet podjeżdża do koleżanki i podaje zgubę z beznamiętnym wyrazem twarzy.
– jazda w przestrzeni w kolorze czerwieni, różu i fioletu.
– REKORD!!! Pierwszego dnia pokonujemy 78 km – to „życiówka” wszystkich nowych załogantów Sztafety.
– pierwszy wieczór na biwaku, pod znakiem pysznego makaronu w warzywach z tuńczykiem by maestro Fadel, mile woniejącej nargili, gitary i polskich piosenek turystyczno-biesiadnych (szczególną popularnością cieszyła się piosenka „Szczęśliwej drogi już czas”).
– wnikliwa obserwacja gwiazd w sprzyjającej pozycji, leżąc na wznak na plecach na karimacie i w ciepłym śpiworku. Mia mija (wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi).
W lutym 1932 roku tak o okolicach Awenat (Auenat) pisał Kazimiez Nowak:
Auenat, 12 lutego 1932 r.
Maryś Ty mój!
Piszę w namiocie, ale nie swoim, bo ten gdzieś daleko za mną pozostał, z karawaną, a ja na „chybił-trafił” przez dzikie pasmo wulkanicznych gór się przedarłem i wyprzedziłem karawanę, choć ta pospiesznie się posuwa wcale.
I jakoś udało mi się dostać do Auenat, tak poprzez góry, instynktem prawie. Słońce tylko paliło okropnie i wody nie miałem, ale gdy w dali w rozedrganym powietrzu ujrzałem palmy, radość sił dodała!
Przyjęcie miłe – kazano dla mnie rozbić namiot, jest łóżko polowe, 2 koce, na ziemi dywan, miednica z wodą i śnieżnobiały ręcznik, a nawet stół przykryty arabską materią i krzesła, dołem z palmowych liści wyplatany dywan. Oświetla wnętrze taka stajenna lampa, a przez odchylone wejście do namiotu na tle ciemnego nieba pokrytego gwiazdami czarno rysują się palmy, przy których płoną ogniska żołnierzy arabskich. Tu i tam „gusbaja” (rodzaj fletu) zawodzi smętnie.
Ot, jedna z tych pięknych afrykańskich nocy po dniu znojnym, ponad siły prawie, choć pięknym również – bo trud przebyty zaliczam zawsze do najmilszych chwil podróży. Ten trud właśnie to treść przecież mej włóczęgi.
I oto Maryś tu, w tym namiocie, w takiej małej oazie, list mię Twój doszedł, tak dawno wysłany – bo data stempla poczt. Boruszyn 17.12.1931, zatem prawie 2 miesiące szedł – ale doszedł! A czy wiesz, jak doszedł? Oto, moja Maryś, dzięki dobremu Majorowi Moccia, komendantowi Gat, który nie żałował i cały szereg radiodepesz wysłał dla mnie i w sprawie poczty i innych jeszcze, też bardzo ważnych, a najważniejsze to guma do klejenia, inaczej byłbym pieszo tylko iść musiał.
I oto ani nie wiem, jak podziękować za kochany list (nr 7.) i za słowa pociechy – i za wszystko, wszystko razem, Maryś! Smutno mi, ciężko i żałośnie nawet, bo ani nie mogę odpisać, z pomocą pośpieszyć, poradzić – nic! Jestem daleko! – bardzo daleko, i choć niegłodny i nic mi nie grozi – podzielić się z Tobą nie mam czym, jak chyba tylko opisami podróży. Ale jeżeli Maryś mój jest głodny, jeżeli nie wyszły z pomocą redakcje – o, Maryś! – wtedy się zachwieję – a to ani odwrotu niema dla mnie! I gdy o tym wszystkim naraz myślę, głowa pęka i sił brak czuję, i jakoś strasznie. Aż ciemno w oczach się robi! – zda się popadam się w przepaść.
O, Maryś Drogi! Ani pisać dziś nie umiem – z kochanym listem spać się położę, bo zmęczenie oczy zamyka, a troski się do oka cisną Maryś! Biedny mój, Kochany Maryś – Dobranoc!
13 luty 1932 r. w El Auenat
Mój Dobry Maryś!
Wnet północ, a ja dopiero dorywam chwilę wolną – na gawędę – i w namiocie moim piszę te zdania. Noc cudowna, Księżyc wysrebrzył piaski niedalekie, gwiazdy jasno świecą, migocąc filuternie, choć w namiocie mroźno. Właśnie służący przyniósł mi gorącą herbatę – rozgrzeję się trochę.
Maryś! Choć dzień cały nie pisałem do Ciebie – stale myślą byłem w Boruszynie, przebiegałem w pamięci wczoraj otrzymany list. Trapiła myśl o chorobie Twojej – o troskach i brakach, o których wspominasz, ale rozsądek każe nie poddawać się rozpaczy, która ani Wam nie pomoże – a mnie duchowo rozbija i odrywa od tego, co dziś celem być winno. Zatem Boga tylko o pomoc dla Was proszę – i piję tu, co dać może Afryka, zwiedzam, patrzę oczyma bystro, wczuwam się w czar i grozę pustyń, na postojach zasięgam języka, by dalej móc się poruszać. Uczę się po arabsku i choć pobieżnie narzecze Tuaregów chcę poznać. Oj, Maryś!, piękne takie życie cygańskie, piękne, ale nigdy nie uwierzysz, jak trudne! Inni, którzy ten ogromny szmat drogi przebyli, co ja, w ostatnich miesiącach, wydali tysiące złotych – ja nic zupełnie. Przeciwnie nawet – mam więcej, jak opuszczając Europę – czy wiesz, co to znaczy?! A to, co mam, pracą zdobyłem – pracą taką nad siły!
Nie posądź mnie ale o brak serca, o to, że mało obchodzi mnie moja trójka – nie, Maryś! przeciwnie – i dlatego właśnie całą siłą oddalam od siebie myśli czarne, by móc myśleć i myśli na papier rzucać – może przecież jakoś zahaczę, może choć na chleb dla Was zarobię! Wyślę znowu cały szereg listów i zdjęć do redakcji, a to praca, wymagająca skupienia – i skrzydeł! Dlatego też siłą oddalam smutki, marzę i myślę o Was, o chwili wspólnej, i gnam naprzód, w dal – może w końcu przezwyciężę wszystko!
Ot, widzisz, Maryś, dzień zbiegł cały, jutro odmarsz. Etap trudny, a mnie ani na spoczynek nie stanie czasu. Co zrobić – zapytasz co w dzień robiłem! Oto nic! – a jednak ani chwili wolnej nie było. Przede wszystkim zwiedzałem oazę, choć niewielką, ale zawsze ciekawą.
Palm mgła – choć nazwa „El Auenat” tłumaczona (z arabskiego) na polskie znaczy „źródła”. Jest ich aż około 40, z których zwłaszcza jedno ciekawe bardzo, bo leży parę metrów ponad powierzchnią kotliny Auenat, a patrząc na powierzchnię wody widać, jak się wydobywa z głębi, bulgocąc głośno. Jest to prawdopodobnie krater wygasłego wulkanu, przez który woda z niskich pokładów siłą ciśnienia się wydobywa. Potem, tuż niedaleko, olbrzymie stoi drzewo, okaz rzadki, jedyny może w tej części Afryki. Jest to akacja, której konar jeden wrósł w ziemię i wypuścił dalsze pędy, stanowiąc olbrzymią altanę, dającą boski cień kompanii wojska. Komendant, sympatyczny porucznik Corrieri, nazywa to drzewo „akacją Duveryer”, bowiem pisze o niej ten francuski podróżnik w swoich opisach – a i ja piszę, bo przecież przez długie miesiące nie widziałem tak wielkiego drzewa – i już na jakieś 15 km stąd, widząc je, myślałem, co to być może – góra czy co? A więc pomyśl, co za olbrzym. Zresztą, o ile zdjęcie się udało – to Ci fotografię pokażę.
Aha! Wiesz? – nie mając klisz (zaledwie 4 jeszcze), zrobiłem aż 6 zdjęć – nie myśl ale, że czarodziejem jestem. Jeden z podoficerów pożyczył mi aparat 9×12 i 6 „filmpack” sprezentował w zamian za wywołanie innych 6 filmpack – obopólny zatem interes. Jest to jedyny sposób, zanim kupię materiał – posługiwać się innymi aparatami!
Dużą część dnia zabrał wspólny stół, do którego zasiadłem w tow. komendanta El Auenat, porucznika Corrieri, i Dr. med., również w stopniu porucznika – znajomego z Gat. Przy stole rozmowa wspólna – ot, cały szereg tematów, a ostatecznie studiowanie map i szczegółów drogi do najbliższego, choć krótkiego etapu Ubari. I tak przyszła prawie północ! A teraz już pierwsza dochodzi – zaś wcześnie rano w drogę trzeba ruszyć. Pa zatem, Kochanie!
Całuję mocno moją Trójkę, Nusi również ślę ucałowania, a Tobie specjalnie długi pocałunek stęsknionego męża
Pa!
Twój Kazimierz
W pustyni, 14 lutego 1932 r.
Maryś Ty moja!
Boże! Dlaczego nie mogę spędzić z Tobą jednego takiego cudownego wieczoru na pustyni – tu, w Afryce!? Zwłaszcza dziś wieczór taki piękny, srebrny i stosunkowo ciepły, powietrze po dniu upalnym pachnie upojnie, cisza taka miła, że ani pisać się nie chce! Wziąłbym Cię raczej pod ramię – i przez tą wysrebrzoną Hammadę prowadził daleko, mówiąc mało, całując tylko spracowane Twe dłonie i oczy smętne, a potem przy ognisku usiadłszy, zgotowałbym taką arabską potrawę i długo popijając herbatę siedziałbym z Tobą.
O, Maryś! – wiem, że ta boska cisza afrykańskiej czarownej nocy i Twoje nerwy by ukoiła – pierzchły by smutki i rozliczne troski, wszystko, co ciężarem na sercu leży, i czuła byś się taka świeża, młoda, jak i ja teraz.
A jednak to niemożliwe . Szmat drogi nas dzieli, jestem daleko, daleko! – i zaledwie myślą spotkać się możemy czy tam w Boruszynie, czy tu, na srebrnej pustyni. Ale to męczy – myślą takie szalone odbywać włóczęgi dalekie, no i nie daje zupełnie żadnego zadowolenia ani Tobie, ani mnie – prawda, Maryś? Ot, ale ja marudzę!
Lepiej opiszę, jak zbiegła dzisiejsza niedziela. Już wczesnym rankiem zbudziła mnie straż obozowa – wielbłądy przyszły z czarnym jak smoła sługą po rzeczy moje, a dużo ich dziś, więcej jak zawsze. Dobry komendant porucznik Corrieri i drzewem mnie obdarzył i 50 litrów beczułkę wody, i koc ciepły wojskowy – ot, ten szmat drogi do Ubaru przebrnę dobrze, bo jest i co palić, i jeść, są i świece – brak mi tylko Ciebie!
Czy wiesz, Maryś, że gdybym chciał opłacić te usługi karawan z Gadames, to już z tysiąc złotych bym wydał – pomyśl zatem, jak dużo mam do zawdzięczenia Włochom! Dobrzy, serdeczni ludzie.
Wstać się ale rano nie chciało – właściwie prawie nic nie spałem. Pisałem długo jeszcze po liście do Ciebie pisanym, a potem usnąć nie mogłem – głowa tak bolała od myśli. Jednak wstałem, zgotowałem obiad i ruszyłem, serdecznie żegnany. Droga znośna, chwilami wyprostowana, posuwam się bowiem tak zwaną „autopistą”, to jest dziką drogą – u nas zwaną „polską”, a że teren twardy, tak zwana Hammada, a więc bez trudu posuwałem się naprzód. Słońce wprawdzie paliło, ale głowę ochroniłem turbanem białym, który naprawdę cudownie chroni głowę i mimo że tyle materii głowę opasuje, chłodzi lepiej jak paskudne tropikalne kaski.
Długo jeszcze widać było El Auenat. Wjeżdżałem raz po raz jakby schodami na coraz wyższe płaszczyzny, aż koło piątej takiej tamy stanąłem obozem. Wnet też karawana nadciągała – oprócz mego bagażu i żywności i wody załogi próżno idą wielbłądy, toteż spiesznie posuwają się dosyć. Aha – po drodze postój zrobiłem w czasie boruszyńskiej sumy – i pomodliłem się szczerze – to dziś niedziela pierwsza postu.
Ale na dziś zakończę gawędę – i tak sam nie wiem, o czym pisać? Zdrów jestem, czuję sił dużo – przygnębiony tylko troską o Was.
Pa teraz – całuję mocno! moje Wy Pieszczoty!
Wasz Kazimierz