Zmiana pogody, burza pyłowa czyli w objęciach „harbiego” (dzień 40)

2067 km
Dystans: 72 km
Start: 9.10
Koniec jazdy: 21.50 (z 7-godzinną przerwą w Murzuk)
Warunki (ocena – 3): od rana pięknie, bezwietrznie, ok. 11.00 zrywa się silny boczny wiatr, wieje piaskiem po oczach, szosa fragmentami w remoncie.

Widoczność malała z każdą minutą

Dzień w skrócie:

– Zmiana pogody. Po dwóch godzinach bardzo przyjemnej jazdy nagle zaczyna wiać silny wiatr od zachodu. Niebo, choć bezchmurne, zasnuwa się mgłą – to tumany piachu wzbiły się wysoko w powietrze, zmieniając kolor świata na żółtawo-kremowy. Jedziemy w kierunku południowym, więc boczny wiatr mocno daje się nam we znaki. Dodatkowo sypie piaskiem, który dostaje się do ust, nosa i oczu, które po kwadransie takiej jazdy zaczynają nam wszystkim łzawić. Widoczność spada momentami do 100 m. Droga na tym odcinku jest w remoncie, zatem w tych warunkach jedziemy po szutrowej, kamienistej drodze zastępczej. Silne podmuchy wiatru wytrącają nas raz po raz z równowagi, musimy uważać, aby w takich momentach nie wpaść pod jakiś nadjeżdżający samochód. Robi się też wyraźnie cieplej. W końcu z powrotem wjeżdżamy na szosę, a droga skręca lekko na wschód, zatem pomimo porywistego wiatru jedziemy dość szybko i udaje nam się dotrzeć do Murzuku ze stosunkowo niewielkim opóźnieniem. Długo przemywamy oczy, aby pozbyć się drobin piasku, które skleiły rzęsy.

Piasek wdziera się wszędzie, trzeba osłaniać twarze

Czy to ten słynny gibli, o którym pisze Kazimierz Nowak? Otóż nie – Hamid i Fadel wyjaśniają nam, że gibli to wiatr południowy, od słowa gibl – południe. A ten jest zachodni, czyli harbi. Gibli zwykle wieje co najmniej jedną dobę non stop, dzisiejszy harbi pod wieczór powinien się uspokoić. I faktycznie – wraz z nadejściem zmroku wiatr ucichł zupełnie.

Z listów Kazimierza Nowaka do żony:

Murzuk, 1 marca 1932 r.

Marysiek mój Drogi!

Zbiegł dzień cały. Tak szybko, że ani wiem, jak już północ. Zmęczony jestem, a to tyle trzeba załatwić wszystkiego, że aż głowa boli! Mam wywołać zdjęcia w Auenat zrobione – już nawet rozpakowałem bagaż i chciałem się zabrać do pracy, ale zapomniałem z wieczora postarać się o wodę i talerze, i nic z chęci, ale za to jutro razem z nowymi zdjęciami wezmę się do dzieła. Choć, jak pisałem, klisz nie mam, ale cudem paczkę znowu zyskałem od zastępcy komendanta twierdzy, w zamian za co zrobię im ze 2 zdjęcia. Ale na czym kopiować. Oj, Marysiek, żebym ja mógł choć setkę pocztówek „twardych” zyskać. Właściwie to potrzebuję z 200 poczt twardych i 100 medium i klisz, ale co mi pomoże wszystko – kiedy w Afryce włoskiej ich nie ma, a z Włoch sprowadzić, to wyzbyć się z góry kupy lir, których mi koniecznie na życie potrzeba! Inaczej żebym tu mógł kupić lub gdybym był zastał paczkę na poczcie, byłbym powielił posiadaną gotówkę i opuścił Murzuk z nadwyżką w kieszeni i mógł postój zrobić, a tak już prawie przygotowałem nowy etap – plan prawie gotowy – dni parę i odlecieć trzeba. A postoju tak łaknę. Tyle myśli w głowie, ująć to na papier, wysłać, może by był chleb – a pisać na pustyni trudno! Myśl taka leniwa, w dzień muchy i słońce, i te wiatry ciągłe nie dozwalają pisać, w noce pod namiotem nie sposób pisać – zresztą czar nocy pustynnej upaja jak trunek i raczej do gawędy usposabia ustnej, a że mówić nie ma z kim, więc myśl ulata daleko – tam do Was. I jak pisać, kiedy pisząc trzeba skupienia?

I tak widzisz, Marysiek, i ja mam troski, i to tak rozliczne, że choć mi może ktoś zazdrości tej podróży – naprawdę nie ma czego. Dziś ostrzyc miałem włosy i brodę „obsiekać” kazałem trochę i wiesz, Maryś? Kupa siwych włosów głowę (choć łysa) przyprószyła. Tyle siwych włosów! – a na pewno nie z rozkoszy, nie z dobrobytu! Co robić? Trzeba trwać, przetrwać. Żeby tylko Marysi mojej tak źle nie było, byle już dochód mój starczył Wam na życie, a wtedy i weselej mi będzie na duszy, i trud dalekiej włóczęgi zmaleje.

Cieszy mnie, że w końcu są wycinki. O, Maryś! Jeżeli by wszystko, co wysłałem, wydrukowali. A tyle stron zapisanych wysłałem, że gdyby nawet po 10 gr za wiersz płacili, byłoby ładnych paręset złotych – choć jaki taki ratunek.

Teraz trzeba znowu pisać, pisać, pisać, aby kuć teren – a do pisania też pieniędzy trzeba, bo i życie kosztuje, i znaczki, i atramentu butelkę już wypisałem – a jak na to wszystko zdobywać – jeżeli ani materiału do pracy nie ma!

Ale przerwę gawędę – i tak nic z niej nie będzie. Znudzę Cię, a taki chaos w głowie, że trudno pisać. Dobranoc, Kochanie! Całuję Was mocno – po kolei, silnie, serdecznie. Pa!

Wasz Tatuś

Comments are closed.

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV